Kids in Trouble 2

Część druga - Młodzieżowy horror w najlepszym wydaniu

Autor: Owen

felietony

Gdy opublikowałem pierwszy z cyklu wpisów pt. Kids in Trouble, byłem trochę zaskoczony jego niezwykle entuzjastycznym przyjęciem. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że powrót do tego tematu zajmie mi aż trzy lata. 

Dlaczego akurat tyle? Bo w międzyczasie w moim życiu wydarzyło się tak wiele, że zabrakłoby mi klawiatury, by to wszystko opisać. Na szczęście, nawet najgorszą dramę da się w jakimś stopniu opanować i po prostu przeżyć. Więc zamiast zamulać i tworzyć jakiś rozległy wstęp, najpierw posłużę się skrótem do pojęcia użytego w tytule, a potem od razu przejdę do rzeczy, czyli do omówienia najciekawszych młodzieżowych horrorów z najpiękniejszej dekady w historii popkultury – magiczno-makabrycznych ejtisów. Jesteście gotowi? 

Kids in Trouble – z czym to się je? I dlaczego Stranger Things jest takim przebojem?

Kilka chwil po tym, gdy Michael Mayers osaczył młodziutką Jamie Lee Curtis, a Jason Vorhees przywitał nowych wychowawców w obozie Crystal Lake, popularność formatu slasherów osiągnęła nowy, mocno mainstreamowy poziom zainteresowania ze strony widowni, podkręcając całą maszynę filmową. Kolejne części topowych tytułów debiutowały praktycznie rok w rok, eksploatując zdrowie i życie małolatów, które nie zachowywały zdrowego rozsądku i spędzały radosne chwile w chatkach za miastem, wpadając przy okazji w łapy różnych szaleńców. Mniej więcej wtedy dwóch młodych kolegów wpadło na pomysł nakręcenia horroru na podobnej zasadzie, tylko z prawdziwymi demonami w tle. Projekt był tak amatorsko-odważny, że jeden z młodzieńców, czyli Bruce Campbell, zastawił rodzinny majątek, by drugi z nich, Sam Raimi, mógł skończyć film i wypuścić go na taśmie 35 mm, czego z kolei wymagały kina. Scenariusz kompilował w sobie różne legendy, wierzenia i okultyzm, nie dając przy okazji taryfy ulgowej ekipie realizatorskiej, więc na planie działy się prawdziwe cuda. Hektolitry barwionego syropu kukurydzianego udawały krew, mleko posokę opętanych, a aktorzy często odnosili prawdziwe obrażenia. Ostatecznie Evil Dead okazał się gigantycznym hitem i zarobił grubo ponad 2,5 miliona dolarów, przy budżecie rzędu 350 tysięcy. 

Ale to jeszcze nic w porównaniu z wynikiem finansowym innego blockbustera pt. Night of the Demons, kosztującego 1,2 miliona dolarów przy 13 bańkach dochodu. Utwór debiutujący w październiku 1988 roku na ekranach kin, jako drugi pełnometrażowy film reżysera Kevina Tenney’a, okazał się tak popularny, że ostatecznie uplasował się na pierwszym miejscu w rankingu najlepiej zarabiających horrorów tamtej dekady. Plan na fabułę był prosty: reżyser postanowił zorganizować imprezę halloween’ową w opuszczonym domu pogrzebowym na odludziu. I jak nie trudno zgadnąć, zaprosił na nią kilku napalonych na siebie nastolatków, którzy pomiędzy pląsaniem i spożywaniem procentów, postanowili odprawić okultystyczny rytuał. Oczywiście, tylko dla zabawy. I oczywiście obudzili pradawne zło, które bardzo szybko zaczęło działać w obrębie swoich kompetencji. Krew, gore i sex w trumnie to jedno, ale trzeba przyznać, że wybór prawdziwej ruiny jako planu akcji i charakteryzacje opętanych były prima sort. Nie to, co w barkerowskim Nightbreed czy prze-nudnym Neon Maniacs, gdzie zgraja tajemniczych potworów wtargnęła do szkoły podczas imprezy.         

Zombie 

Wszyscy wiemy, że licealny bal z okazji Halloween to świetna okazja do porządnej masakry. Szczególnie w sytuacji, gdy alkohol leje się strumieniami, a uczestnicy wskakują w makabryczne przebrania i ukrywają swoją tożsamość. Trudno zgadnąć, kto jest kim, więc nawet cała grupa prawdziwych zombiaków może próbować wejść niepostrzeżenie na imprezę (i wcale nie musi to być efekt ciał astralnych, jak w Night of the Comet). Przekonało się o tym kilku nastolatków z rocznika 86, którzy w straszno-śmieszny sposób musieli pokonać całą armię wynaturzonych kreatur, pląsających w ulubionym filmie Freda Dekkera, czyli Night of the Creeps. I choć twórca nawiązywał w nim do wielu klasyków kina grozy (takich jak Plan 9 from Outer Space itp.), to pozwolił sobie również na małego easter egg’a wobec swojej kolejnej produkcji – w jednej ze scen, gdy bohater o pseudonimie J.C. próbuje uciec przez męską toaletę, na ścianie można dostrzec napis: Go Monter Squad!

Wspomniany doping okazał się na tyle mocny, że już rok później na kinowe afisze wskoczyła kolejna produkcja Dekkera, traktująca o przygodach ekipy małolatów z niewielkiego miasteczka. Tytułowi Łowcy Potworów, będący koncepcyjnie czymś pomiędzy The Goonies, Ghostbusters i The Fearless Vampire Killers, musieli w niej stawić czoło całej plejadzie maszkar i dziwów znanych z klasycznej literatury grozy oraz wielu kinowych dreszczowców. Pech chciał, że wytwórnia Universal nie była skora do udzielenia licencji na wykorzystanie wizerunku swoich pupilków. Dlatego producenci uciekli się do małej sztuczki i powołali do życia monstra bliźniaczo podobne do tych znanych z wielkich ekranów, ale z delikatnymi modyfikacjami w kwestiach wyglądu lub imienia. Dzięki temu, po planie kręcili się Wilkoczłowiek, Mumia, a nawet sam Van Helsing. Co ciekawe, występ Duncana Regehr’a, jako hrabiego Draculi, został po latach uznany przez magazyn Wizard (2006 r.) za najlepszą filmową interpretację tej postaci. I słusznie. A skoro jesteśmy w temacie krwiopijców, zwanych…

Wampirami

…to wypada przypomnieć, że w latach osiemdziesiątych też mieli swoją, całkiem niezłą reprezentację. Kapitanem tej drużyny był bez wątpienia mocno wiekowy hrabia Jerry Dandrige (Fright Night), grany przez Chrisa Sarandona, który konsumował niewiasty w tak romantyczny (aczkolwiek mało subtelny) sposób, że w końcu przykuł uwagę młodocianego fajtłapy z sąsiedztwa. A ten, jak na raptusa przystało, najpierw wkurzył starego upiora, by chwilę później rozpocząć przeciwko niemu krucjatę, w której wspomagał go m.in. telewizyjny showmen i łowca potworów, niejaki Peter Vincent (ku niezadowoleniu producentów, rolę odrzucił sam Vincent Price). Wszyscy za sobą biegali, walczyli, a czasem nawet tańczyli. Lecz najciekawsze w tym debiutanckim projekcie Toma Hollanda były chyba okoliczności powstania niezwykle plastycznego i znanego na całym świecie plakatu. Otóż przerażający uśmiech wampirzycy to pomysł reżysera, który zaraził nim specjalistę od efektów specjalnych, Randala W. Cook’a. A ten tak bardzo wkręcił się w pracę, że poświęcił cały weekend na wymodelowanie tzw. uśmiechu rekina, który straszy do dzisiaj.

Mniej straszni, ale za to bardziej rozbrykani byli członkowie wampirzego gangu pod przewodnictwem Jeese’ego Hookera (Lance Henriksen), których na boisku widziałbym w roli napastników-awanturników, nie uznających gwizdów sędziego i pozycji tzw. ‚spalonego’ (w przenośni i dosłownie). Bo trzeba przyznać, że film Near Dark w reżyserii Kathryn Bigelow to dzieło niezwykłe klimatyczne, luźno korzystające z koncepcji kina drogi. To również pomysłowy i dobrze zrealizowany dreszczowiec, który traktuje temat porfiri w bardzo oryginalny sposób. Ekipa z The Lost Boys, biegająca po drugiej stronie boiska na pozycjach obronnych, to równie ciekawa plejada młodocianych kreatur, którym przewodził tajemniczy chuligan o imieniu David, grany przez Kiefera Sutherlanda, który podobno spopularyzował tą rolą fryzurę określaną jako Mulet. Podczas gdy jego wampiryczni koledzy rozszarpywali dzieciaki z lokalnego parku rozrywki, super popularny duet Corey-Corey (Feldman i Haim) wspierał kilku śmiałków planujących eksterminację potworów. Jak nie trudno zgadnąć, że film bardzo szybko zmieniał tonację i z rozrywkowego kina dla młodzieży, przechodził w rasowy horror, z niezłą zadymą w finałowym akcie.   

Na szczęście i trochę na rozluźnienie, na bramce stanął niejaki Jeremy Capello – nastolatek, który dał się ugryźć pięknej nieznajomej z długimi kłami. Więc już w trakcie pierwszej nocy po feralnej randce jego skóra zaczyna niebezpiecznie blednąć, a poranny koktajl owocowy zamienia się w ohydny meat-shake. Jeśli ktoś myśli, że to tylko początek dziwnych wydarzeń, jakie obejrzymy w My Best Friend Is a Vampire, to będzie miał absolutną rację. Głupkowate charaktery protagonisty i jego sidekick’a, oraz pajacowaty występ Davida Warren’a w roli szalonego profesora to gwarancja, że ta czarna komedia zostanie zapamiętana jako naprawdę zły pastisz wielu ówczesnych horrorów. No ale co poradzić, skoro w liceum zupełnie inny chłopak wskoczył właśnie na podium popularności. Pewnie myślicie, że to Marty McFly? A tu zonk! Bo po szkolnym kampusie grasuje prawdziwy…

Wilkołak

…czyli Scott Howard, grany przez – uwaga – Michaela J. Fox’a! I choć film pt. Teen Wolf można określić jako zjadliwy, a momentami nawet zabawny, to wspomniany aktor nie lubi do niego wracać. Odmówił nawet udziału w kontynuacji. Trudno nie przyznać mu racji, ponieważ grono widzów zapamięta ten obraz głównie z dwóch innych powodów: sporych podobieństw do kręconego nieopodal Back to the Future, co w niektórych krajach wpłynęło na błędne tłumaczenie i przypadkowe nawiązania w tytułach lub nazwiskach bohaterów; oraz na klasyczne zagranie z obsadzaniem dorosłych aktorów w rolach nastolatków, które producenci stosowali często i chętnie w przedostatniej dekadzie XX wieku.

Na podobny przypadek można się natknąć w nieco starszej produkcji spod ręki mistrza komedii, Johna Landisa, nazwanej buńczucznie An American Warewolf in London. Tytułowy Amerykanin to nie tylko ofiara małomiasteczkowego Lykanina i gorący kochaś – ale przede wszystkim trzydziestoletni aktor, udający młokosa na wakacyjnej wycieczce. Grany przez niego bohater trafił do stolicy UK trochę przez przypadek, serwując tamtejszym mieszkańcom prawdziwy koszmar. Jednocześnie, co jakiś czas widywał rozkładającego się upiora swojego najlepszego przyjaciela, który doradzał panaceum na wszystkie problemy – czyli samobójstwo. Tak więc twisty fabularne przeskakiwały z horroru na komedią, a odbiorca mógł poczuć dysonans poznawczy.

Dyskomfort czuli również mieszkańcy amerykańskiego miasteczka Tarker’s Mills w stanie Maine, w którym grasował inny wilkołak. Na ratunek przybył ponownie Corey Haim, tym razem jako niepełnosprawny młodzieniec, ale za to z doborową ekipą wspomagającą (Gary Busey w roli szalonego wujka!). Z perspektywy czasu trudno powiedzieć, czy film pt. Silver Bullet to kino dedykowane dzieciakom, czy raczej starszej młodzieży, ponieważ typowo przygodowe sytuację przeplatają się w nim z naprawdę brutalnymi scenami gore. Małolaty często działają na własną rękę, wujek nie wylewa za kołnierz, a włochaty drapieżca robi co chce i rozrywa na kawałki kolejnych śmiałków. Lecz po finalnym akcie czujemy, że sprawiedliwości stało się za dość, a…   

Zemsta zza grobu  

…nie zawsze popłaca. Przekonał się o tym książę koszmaru, sam Freddy Krugger, który gnębił i zabijał nastolatków z ulicy wiązów. A robił to tak skutecznie, że jego ekscesy (zarejestrowane po raz pierwszy w ramach filmu Nightmare on Elm Street) przyciągały do kin prawdziwe tłumy, ratując przy okazji bankrutującą wytwórnię New Line Cinema. Aż trudno uwierzyć, że ta wieloczęściowa i niezwykle popularna saga mogłaby nie powstać, ponieważ w 1981 roku Wes Craven odbił się ze swoim scenariuszem od drzwi wszystkich wytwórni, a sam skrypt przeleżał w szufladzie trzy lata. Być może obawiano się nawiązań do Asian Death Syndrome (Brugada syndrome), dotykającego uciekinierów z reżimu Pol Pota. Możliwe, że wzdrygano się również wobec pierwszego pomysłu na działania Krugera, który miał molestować śpiące dzieci. Do tego zamieszania trzeba jeszcze doliczyć roszady kadrowe wśród aktorów, głównie tych młodocianych (chociaż ciekawostką jest informacja, że pierwszym wyborem na głównego złoczyńcę był w/w David Warren), bo rola Glena, którą debiutował szesnastoletni Johny Deep, miała pierwotnie trafić do Charliego Sheen’a. 

A ten bardzo szybko odnalazł się w innym projekcie o zemście zza światów (przy okazji goszcząc na planie Deep’a, spotykającego się wtedy z Sheirlyn Fenn). Jako tytułowe Widmo (The Wraith), w sprytny sposób podpuszczał i eliminował kolejnych członków zmotoryzowanego gangu, który doprowadził do jego przedwczesnej śmierci. Robił to za pomocą fantastycznego Dodge’a M4S i przy akompaniamencie klawej muzyki. A przecież wszyscy wiemy, że muzyka i upiory to najczystsza forma symbiozy. Mógłby o tym opowiedzieć Eddie Weinbauer, będący samotnikiem i jedynym dzieciakiem w liceum słuchającym namiętnie Metalu. Jego miłość do ciężkich brzmień doprowadziła do sytuacji, gdy z wielkiego głośnika zaczął wyłazić tragicznie zmarły maestro sceny, który postawił sobie za cel masakrę w ramach szkolnej potańcówki. Czy mu się udało? Tego dowiecie się już dzisiaj wieczorem, gdy jakiś demon zapuka do Waszych drzwi i krzyknie: Trick or Treat!

źródło foto: 1

Geek, gadżeciaż, gaduła i niepoprawny marzyciel. Miłośnik Fantastyki Naukowej, komiksów, gier oraz wydarzeń retro pop-kulturalnych. Kolekcjoner, uparciuch i nerwus, który zawsze wyciągnie pomocną dłoń. Na co dzień architekt i projektant, wieczorami zajmuje miejsce na mostku kapitańskim Stacji Kosmicznej.

Zobacz również

Negalyod

Vincent Perriot

komiksy

The Last of Us: Part II

Miłość, nienawiść i bezsensowna zemsta

gry

Tales from the Loop

Aptiten kommer medan man äter

seriale

Ori and the Will of the Wisps

Gdy piękno spotyka mądrość

gry

Avenue 5

Idiokracja na kosmiczną skalę

seriale

Wejdź na pokład | Facebook