Top 7 filmowych rozczarowań z 2020 roku

Subiektywne zestawienie najgorszych filmów fantastycznych

Autor: Owen

filmy

Mijający rok był przełomowym momentem dla branży filmowej. Głównie dlatego, że kilka fal pandemii doprowadziło do tymczasowego zamknięcia kin i wstrzymania większych premier na czas ‚bliżej nieokreślony’. Tym samym, romans gigantów branży ze stale rosnącym rynkiem vod stał się faktem. 

Lecz reorganizacja dystrybucji to nie tylko szalupa ratunkowa dla hegemonów, ale przede wszystkim spora szansa dla mniejszych producentów, którzy byli w stanie dowieźć rzetelny technicznie produkt na platformy streamingowe, jednocześnie oszczędzając na promocji. Dzięki takiemu podejściu, w domowym zaciszu mieliśmy okazję obejrzeć wiele zróżnicowanych utworów, wśród których najciekawiej zapowiadały się te zza naszej wschodniej granicy.

Aczkolwiek, znając pomysłowość sąsiadów, musiałem zadać sobie pytanie: czy to się rzeczywiście udało? Niestety, ta od dawna wyczekiwana ekspansja współczesnego kina fantastycznego z Rosji i okolic okazała się dla mnie ogromnym rozczarowaniem, ponieważ w kolorowym zalewie reklam umknął mi realny poziom jakości większości z tych filmów. A gdy dodałem do tego jeszcze kilka innych zakalców, to tegoroczna lista rozczarowań wyklarowała się niemal sama.   

Miejsce 7 – Superdeep

Horrory z akcją osadzoną gdzieś głęboko pod ziemią lub, a może przede wszystkim, pod powierzchnią wody mają w moim serduszku specjalne miejsce. I choć od czasu Leviathana czy Deep Star Six debiutowało sporo filmów, to poza drobnymi wyjątkami, raczej trudno byłoby mi wskazać pozycje naprawdę warte uwagi. Z drugiej strony pojawia się ich tak mało, że każdy nowy tytuł jest przez mnie skrupulatnie badany. I akurat wobec rosyjskiego Superdeep miałem dosyć spore oczekiwania. Jednak to, co na zapowiedziach zostało przedstawione jako ciekawa interpretacja pomysłów m.in. z The Thing, wypadło po prostu koszmarnie źle.

Podstawy fizyki nie zostały uwzględnione w scenariuszu, podobnie jak normy BHP dla laborantów i pracowników medycznych, którzy czasami biegają w maskach, by za chwilę wdychać syf podczas nieszczerych pocałunków. Flegmatyczne (do granic wytrzymałości!) tempo narracji bazuje na drewnianych dialogach i aktorach z łapanki, a całość sprowadza się tylko do tego, by główna bohaterka mogła się w końcu rozebrać. Aha, zapomniałbym jeszcze o finalnym potworze, który jest tak źle wykonany i zagrany, że niejeden B-klasowiec z lat 80 bije go pod tym względem na głowę.  

Zobacz zapowiedź filmową: Superdeep

Miejsce 6 – Koma

Nie ukrywam, że mając na uwadze listę debiutujących w tym roku rosyjskich blockbusterów, to właśnie na ten tytuł czekałem najbardziej. Film, który w ramach zapowiedzi jawił się jako coś pomiędzy Incepcją Nolana, a Małym Nemo duetu Hata-Hurtz (tylko w wersji dla dorosłych), w końcu pojawił się w ofercie Amazonu. I rzeczywiście, Koma to dosyć zaskakujący projekt w dorobku Nikity Argunova, znanego m.in. z produkcji rosyjskich Avengersów, czyli filmu Zashchitniki (Guardians: Misja superbohaterów). Głównie dlatego, że utwór wydaje się groteskowo nierówny pod względem jakości scenariusza, w stosunku do pomysłu i jakości realizacji. Jak to możliwe?

Ano tak to, że świetny pomysł na setting działa gdzieś do połowy seansu, gdy potencjalny odbiorca jeszcze nie wie, co się dzieje z głównym bohaterem i jakimi prawami rządzi się miejsce, do którego trafił. Ale niestety, im dalej w las, tym więcej wilgotnej zgnilizny. Odkrywanie transcedentalnej natury świata snów w tak prostacki sposób, odziera całość z magicznej tajemnicy wprost proporcjonalnie do mielizny scenariusza, wypełnionego oklepanymi rozwiązaniami fabularnymi i do bólu stereotypowymi postaciami. A gdy dowiemy się, kto, co i jak, to wypada tylko unieść szklankę whisky i wznieść toast za kolejny spieprzony film fantastyczny zza wschodniej granicy.

Zobacz zapowiedź filmową: Koma

Miejsce 5 – Gretel & Hansel 

Po obejrzeniu zapowiedzi nowej adaptacji przygód Jasia i Małgosi, od pełnoprawnego seansu oczekiwałem czegoś zaskakującego i świeżego. Jakiejś krejzolskiej, wizualnej jazdy w stylu Cronenberga tudzież innego Winding Refn’a. Niestety, tyle w temacie zachęty, bo wyszło jak zwykle. Film jest naiwny, bohaterowie zupełnie niepotrzebnie wszystko dopowiadają, odzierając z tajemnicy całe tło, a świetny setting wizualny szlag trafia przez wplatanie weń jakichś ascetycznych piwnic rodem z Piły (z kiczowatym CGI).

Całość dobija zupełnie niestraszna Wiedźma, która zamiast demonicznej istoty o kanibalistycznych skłonnościach, sprawia wrażenie szalonej zielarki. Więc jeśli nie jesteście ultrasami twórczości braci Grimm i macie trochę więcej niż 13 lat, to odradzam wyjście do kina. Szkoda kasy i czasu (choć film jest relatywnie krótki). Lepiej poczekać na wersję dostępną na vod. I tylko w sytuacji, gdy już centralnie nie ma nic innego na liście pt. do obejrzenia

Zobacz zapowiedź filmową: Gretel & Hansel

Miejsce 4 – Blackout/Avantpost

Przy okazji zapowiedzi tego filmu, napisałem coś takiego: do współczesnego kina SF z Rosji mam pewien dystans. Głównie z dwóch powodów – bezsensownego powielania zachodnich koncepcji, podczas gdy tamtejsza literatura fantastyczna aż kipi od świetnych (i świeżych!) pomysłów; a także przez kulawą formę dystrybucji filmów, która po macoszemu traktuje europejski rynek. No i teraz zagadka: jak na tle w/w prognozy wypadł Avantpost? Niestety, bardzo słabo. Koncepcja tytułowego blackout’u wydaje mi się co najmniej idiotyczna, by nie napisać, że kretyńska. Nie tylko na płaszczyźnie technologicznej, ale również tej społecznej – bo wyobraźcie sobie, że podczas gdy całe białkowe życie na planecie uległo zagładzie, to w Moskwie kwitnie highlife, a my jesteśmy zmuszeni do oglądania scen z życia tamtejszej bohemy, które pachną aktorską tekturą na kilometr. Do tego kiepskie efekty i pierwszy akt możemy spokojnie przedrzemać.

Teoretycznie, militarna część opowieści powinna być dużo lepsza. Ale taka nie jest. Co prawda pierwszy szturm ma bazę wojskową to creme de la creme efekciarskich akcji w sensacyjnym stylu, ale potem jest już tylko gorzej. Bohaterowie powielają sztampowe wzorce i wykonują cały szereg bezsensowych posunięć, by zgodnie ze sztuką kina akcji lat 80, oddawać życie w niezwykle patetyczny sposób. Co więcej, żadnego z nich nie da się polubić, co przy tylu wątkach oraz zmianach perspektywy, może być męczące. I jeśli myślicie, że to szczyt możliwości, to w końcu przychodzi czas na główne uderzenie w czachę, czyli wygląd kosmitów, którego nawet nie chcę komentować. 

Zobacz zapowiedź filmową: Avantpost

Miejsce 3 – Proximity

Jeśli szukacie jakiegoś lekkiego filmu na luźny wieczór, to i tak omijajcie ten tytuł szerokim łukiem. Dlaczego? Po zapowiedziach miałem wrażenie, że w końcu pojawił się utwór, który przełamie zamęczoną na maksa konwencję Kids in Danger z wątkami UFO w tle. Że, być może, gdzieś w połowie seansu uleci ta spielbergowska magia i beztroska, a scenarzyści wyeksponują psychozę głównego bohatera, którego nikt nie słucha oraz któremu nikt nie wierzy. A gość będzie brnął w różne wyobrażenia, aż w końcu nie wytrzyma i porządnie narozrabia. Nic z tych rzeczy, bo to co po mistrzowsku udało się Mitchellowi w Under the Silver Lake, tutaj wyszło trochę przez przypadek.

Wspomniany i oczekiwany twist fabularny nie dochodzi do skutku z prostego powodu – lawina absurdalnie groteskowych wydarzeń to nie jakieś wyimaginowane przygody protagonisty, tylko główna oś fabuły. Serio, serio! A jeśli dodamy do tego niemożliwą do przetrawienia ilość inspiracji i pomysłów, które Eric Demeusy postanowił wsadzić do swojego filmu (Bliskie Spotkania…, E.T., Men in Black itp.), podlaną muzycznym sosem z męczącego synthwave’u, to wyjdzie nam prawdziwa kaszanka z cebulką. I uwaga! Jeśli myślicie, że apogeum dziadostwa zostało właśnie osiągnięte, to jesteście w błędzie – na końcu wjeżdżają wątki religijne, które są jak granat wpadający do okopu – rozpieprzają ten dwugodzinny bajzel na atomy.

Zobacz zapowiedź filmową: Proximity

Miejsce 2 – The Midnight Sky 

Gdyby ktoś zapytał o wzór współczesnego, fabularnego przeciętniaka, wykreowanego na bazie Big Data i pod vod, to bez wahania wskazałbym ten film. Mocno oklepany pomysł łączy się tu z dobrą technicznie realizacją oraz ciekawym zwrotem akcji, który ostatecznie i tak nie jest w stanie zakleić gigantycznej dziury fabularnej na samym końcu (w jaki sposób dwójka ludzi chce samodzielnie odbudować cały gatunek, nie mając na pokładzie zarodników pozwalających na zwiększenie puli genetycznej?). Zdarzają się dłużyzny, powodujące ziewanie ‚w rękaw’, a także dwa zupełnie niepotrzebne jump-scare’y, których i tak nie zapamiętacie. Podobnie, jak treści samego filmu.

Potężna machina reklamowa i ostatecznie, gigantyczne rozczarowanie.

Zobacz zapowiedź filmową: The Midnight Sky

Miejsce 1 – Breach 

To ten typ produktu filmopodobnego, przy którym zawsze zadaję sobie pytanie: po co i dla kogo to coś powstało? Fabuła sklejana na kolanie, pomiędzy jednym a drugim dymkiem w trakcie przerwy obiadowej, będąca przy okazji takim kolażem ogranych motywów, że trudno tu mówić o jakimkolwiek autorskim pomyśle na opowieść. Więc ekstrapolowanie kolejnych wydarzeń jest w tym przypadku tak proste, że trzeba co chwilę zerkać na ekran, czy przypadkiem bohaterowie nie postanowili się wyłamać z zabawnej konwencji. Ale jeśli myślicie, że to koniec problemów tego szrota, to dołożę do pieca i wspomnę jeszcze o dwóch innych smaczkach.

Pierwszy z nich to tania scenografia z tektury, która trzęsie się przy każdym ruchu, ograniczając miejsce akcji do dosłownie kilku pomieszczeń, wypełnionych dziadostwem z odzysku. W tym przypadku moim faworytem są białe kriokapsuły, wykonane z drewna (spinanego klasycznymi zawiasami). Drugi to nieprawdopodobnie słabe, a wręcz tragiczne efekty specjalne (gdy pierwszy raz zobaczyłem ogień z lufy karabinu, to po prostu parsknąłem śmiechem). Najgorsze w tym bajzlu jest jednak to, że dwaj topowi aktorzy (Willis i Jane) sprawiają wrażenie, jakby improwizowali w każdej scenie. To ten moment, gdy ciało jeszcze gra, ale głowa patrzy już tylko na wypłatę.

Zobacz zapowiedź filmową: Breach

Foto: 1, 2, 3, 4, 5, 6, 7

Geek, gadżeciaż, gaduła i niepoprawny marzyciel. Miłośnik Fantastyki Naukowej, komiksów, gier oraz wydarzeń retro pop-kulturalnych. Kolekcjoner, uparciuch i nerwus, który zawsze wyciągnie pomocną dłoń. Na co dzień architekt i projektant, wieczorami zajmuje miejsce na mostku kapitańskim Stacji Kosmicznej.

Zobacz również

Raised by Wolves

Quo vadis Aaronie Guzikowski?

seriale

Kids in Trouble 2

Część druga - Młodzieżowy horror w najlepszym wydaniu

felietony

Negalyod

Vincent Perriot

komiksy

The Last of Us: Part II

Miłość, nienawiść i bezsensowna zemsta

gry

Tales from the Loop

Aptiten kommer medan man äter

seriale

Wejdź na pokład | Facebook