The Walking Dead

Omówienie 5 sezonu

Autor: Owen

seriale

Mój pierwszy kontakt z serią The Walking Dead miał miejsce gdzieś pod koniec 2008 roku (cztery lata po światowej premierze i trzy po debiucie pierwszego zeszytu w Polsce), gdy przeglądając empikowe półki z albumami komiksowymi, trafiłem na intrygujące wydanie tomu pt. Dni utracone.

Pamiętam doskonale swoje zdziwienie, gdy po rozłożeniu kolorowej okładki zobaczyłem w środku surowe plansze w wersji mono. Ktoś nie mający wcześniej kontaktu z komiksami (rozumianymi przez ogół – niestety – jako mało poważne, kolorowe historie z obrazkami), mógłby sobie odpuścić lekturę dzieła osadzonego w takiej stylistyce, jednak po przestudiowaniu kilku pierwszych stron dzieje się coś zupełnie odwrotnego – fabuła wciąga jak diabelski wir w Piratach z Karaibów i nie puszcza aż do ostatniej strony. I choć początek albumu przypomina inny, równie popularny tytuł filmowy z zombi w tle, to dzieło Roberta Kirkman’a oraz Tony’ego Moore’a rozwija w bardzo ciekawy sposób samą ideę survivalu w świecie po globalnej apokalipsie.

Plastyczna realizacja oraz eksponowanie w zajmującym stylu relacji interpersonalnych były istotnymi czynnikami, wpływającymi na spore zainteresowanie materiałem źródłowym ze strony producentów telewizyjnych, którzy zwietrzyli ogromny potencjał tytułu. Tak więc, nakręcenie serialu lub nawet filmu stało się tylko kwestią czasu, a teaserowa wiadomość o powstającej produkcji poważnie zatrzęsła środowiskiem serialowych geeków. Pierwszy sezon serialu zadebiutował tak samo mocno, jak komiksowy pierwowzór, wprowadzając sporo nowych postaci i niestety stopniowo obniżając loty na rzecz bzdurnego zakończenia, którego brzydzi się sam Kirkman.

Obranie dziwnego kierunku pod koniec cyklu, a także przestawianie komiksowych protoplastów na rzecz nowych postaci wpłynęło dosyć poważnie na oglądalność, więc drugi rozdział upłynął leniwie pod hasłem low-budget, przenosząc historię na farmę Hershela. Paradoksalnie, takie posunięcie wyszło tytułowi na dobre, bo zobrazowało jego potencjał pod kątem więzi międzyludzkich, ale widzowie chcieli akcji. I dostali ją w trzecim sezonie, który ukazał inne oblicze TWD – to bardziej brutalne i całkowicie bezwzględne, prowadząc mocno przetrzebioną trzódkę Ricka wprost w objęcia Gubernatora, a później – w czwartym sezonie – aż do wypełnionego kanibalami Terminus. Podzielony i zamknięty w wagonach team oczekuje na ostateczne rozwiązanie. Jak zakończy się ta opowieść?

To, co miało się okazać oazą bezpieczeństwa i stabilizacji, stało się miejscem kaźni dla wielu naiwnych osób, które w dobrej wierze przekroczyły bramy fortu Terminus. Świetnie zorganizowana społeczność kanibali nie wypuszcza nikogo i nikim nie gardzi, bo w świecie jutra świeże mięso staje się rarytasem na wagę złota. Lub życia. Dlatego scena otwierająca czwarty sezon telewizyjnego TWD jest jedną z najlepszych tego typu, jakie widziałem w całym swoim życiu. Beznamiętność oprawców i szybko bijące serca bohaterów są ze sobą tak mocno zestawione, że patrzenie na konających ludzi z głowami w sławnej wannie było dla mnie (jako osoby mocno odpornej na gore) czymś niebywałym. Jeszcze długo po seansie epizodu, miałem przed oczami cieknącą strugę krwi, będącą synonimem ludzkiej bezwzględności. Dlatego też jestem w stanie zrozumieć brutalność protagonistów wobec złapanych w kościele oprawców, bo przy tak ogromnej traumie, pewnie sam zachowałbym się podobnie, o ile nie gorzej. 

TWD1TWD7

A propo kościoła i sylwetki ojca Gabriela, to wydaje mi się, że ten zakłamany, tchórzliwy i lekko niezrównoważony osobnik może jeszcze zdrowo namieszać, tudzież przeżyć jakieś objawienie, które albo go ostatecznie zabije, bądź też wyniesie na cokół uznania ze strony fanów. Jako że mamy do czynienia ze spersonifikowanym zaprzeczeniem wszelkich przywar i cnót wynikających z doktryn religijnych, bazujących w jakimś stopniu na zrozumieniu i miłosierdziu, to samo obserwowanie obsesyjnie wierzącego księdza staje się doskonałym studium behawioralnym człowieka z poważnymi problemami natury psychologicznej. I w przeciwieństwie do równie irytującego, lecz potrafiącego się przyznać do błędu Eugene’a, kaznodzieja próbuje zrzucić odpowiedzialność za swoje czyny na ręce innych ludzi, uciekając się nawet do prób samobójczych.

A skoro wspomniałem o lekko fajtłapowatym bajkopisarzu, to warto w tym momencie zerknąć na przemiany emocjonalne, jakie zachodzą w oddziale Abrahama, który z krewkiego wojaka – fanatycznie oddanego wyimaginowanej misji – wylądował twardo na ziemi po szczerym wyznaniu tego pierwszego z panów. Lecz akurat w jego przypadku, taka forma terapii szokowej okazała się zaskakująco skuteczna, bowiem Abe po jakimś czasie odzyskuje świadomość i samokontrolę. Nieocieniona w tej kwestii okazała się Rosita, nie uznająca żadnej taryfy ulgowej wobec swojego partnera i wychodząca powoli z cienia postaci pierwszoplanowych. Jedynie rozchwiana emocjonalnie Tara pozostaje gdzieś na uboczu grupy i podobnie jak Beth, cały czas czeka na swój moment…

TWD6TWD4

Slabtown

…bo Beth to bardzo ciekawy temat w kontekście aż trzech sezonów z jej udziałem. Osobiście mam ambiwalentny stosunek do tej postaci, aczkolwiek nie raz, nie dwa irytowała mnie jej bezradność, a czasem nawet głupota. Filigranowa i niezwykle wrażliwa Beth miała w ekipie Ricka swoje stałe miejsce, pielęgnując najmłodszych członków gromady, w tym głównie małe dzieci. To właśnie ona potrafiła najszybciej uspokoić płaczącą Judith i ułożyć ją do snu, śpiewając spokojne ballady i cierpliwie nosząc maleństwo na rękach. Jednak przewrotny los zweryfikował jej spokój ducha i wpakował delikatną Beth w objęcia Dawn Lerner oraz jej przyczółka dla chorych ludzi, gdzie rzekoma stabilizacja była tylko zasłoną dla bezpardonowego konformizmu, rozdzieranego od wewnątrz przez różne wpływy i fetysze. Nie mogę napisać, że Beth oddała życie w słusznej sprawie, bo jej śmierć uważam za totalnie niepotrzebną, lecz nie sposób odmówić jej odwagi, która pchnęła ją do takich dramatycznych działań.

W przeciwieństwie do najmłodszej z córek Hershela, Carol wyrosła na prawdziwą ikonę serialu i z osoby męczącej widzów samą obecnością na ekranie, stała się jednym z ogniw napędowych całej fabuły. Jestem pełen podziwu dla scenarzystów za to, jak poprowadzili tę postać, pozwalając jej tak fantastycznie rozwinąć skrzydła. To już nie wystraszona wdowa, walcząca z dylematami moralnymi – Carol stała się bezwzględną realistką i równocześnie prawą ręką Rick’a. Ba, często bywa inicjatorką ważnych wydarzeń i zwrotów akcji, jakie zaskakiwały nas przez cały sezon. Gdyby nie jej pomysłowość, to gromada bohaterów nie wydostałaby się z Terminus; gdyby nie jej determinacja, to Rick nie podjąłby wyzwania wobec zarządców Alexandrii. Ale wszystkie wyczyny blakną w obliczu sceny, w której kobieta oficjalnie pokonała strach i stanęła z potencjalnym oprawcą twarzą w twarz. I jak się ostatecznie okazało, intuicja jej nie zawiodła.

Zupełnie inne odczucia mam wobec chwilowego kompana Carol, czyli pogubionego gdzieś w meandrach fabuły Tyresse’a, będącego – poza posturą i siłą fizyczną – totalnym zaprzeczeniem komiksowego odpowiednika. Z odważnego faceta scenarzyści zrobili tzw. ciepłą kluchę, której zabrakło w kilku momentach ikry, by załatwić sprawy tak, jak nakazywałby zdrowy rozsądek. Wskutek tego, kilkukrotnie nieświadomie naraził bliskich na niebezpieczeństwo lub nawet śmierć, co czyniło go w moich oczach – paradoksalnie – bardzo słabym ogniwem w drużynie. Jego śmierć została nakręcona w ciekawy sposób i nie zgodzę się z malkontentami wytykającymi ten odcinek palcami, bo do tej pory tylko zgon Shane’a pokazał nam, co się dzieje z kimś umierającym, tudzież zmarłym, pod katem przemiany. Mam również wrażenie, że Kirkman nie mógł się zdecydować, czy zaprezentowany w pierwszym sezonie Morgan miał być jakimś zastępstwem dla omawianego wcześniej kolegi i później został odsunięty na dalsze tory fabularne, by teraz powrócić do łaski twórców, jako fabularny twist w ostatniej scenie sezonu, czy może wypełni teraz jakąś inną rolę.

TWD2TWD3 

Alexandria

Powrót Morgana nie był dziełem przypadku, bo kolejny raz okazało się, że bez Daryla bohaterowie mogliby nie dotrwać aż do szóstej serii. Nie ukrywam, że darzę tego osobnika ogromną sympatią i podejrzewam, że gdyby coś mu się przytrafiło, to pewnie połowa widzów przestałaby oglądać całą produkcję. Mister Dixon to chyba najbardziej pragmatyczny zawodnik, jakiego było nam dane śledzić od samego początku emisji TWD. Ponadto nie ma w tej postaci zbędnego zadęcia, nie czuć lawiranctwa i chęci zyskania czegokolwiek ponad minimum potrzeb. Tropiciel to typowy outsider, kochający swoją kuszę i motocykle, który nawet po kilku dniach pobytu w Alexandrii nie skorzystał z prysznica, zachowując czujność i gotowość bojową w obawie przed nagłą zmianą statusu całej drużyny. Jest samowystarczalny i niezwykle lojalny wobec nowej „rodziny”. Jedna z ostatnich scen kończącego się aktualnie sezonu, w ramach której Daryl palił papierosa w samochodzie osaczonym przez watahę zombi, była ukoronowaniem postawy bohatera, gotowego zaryzykować swoje życie tylko po to, by uratować towarzysza niedoli.

Ale nie tylko on był i nadal jest w stanie poświęcić wszystko dla współtowarzyszy. Relacje pomiędzy Rickiem i Michone to równie frapujący temat, windujący emocje widza na różne poziomy ekscytacji i wkurzenia. Dwójka przyjaciół ma często odmienne zdanie na temat przyszłości grupy i związanych z tym zagadnieniem działań, ba – czasem dadzą sobie nawet po przysłowiowym „pysku”, ale koniec końców, zawsze się wspierają. I o ile czarnoskóra mistrzyni katany mniej więcej określiła swoje potrzeby, to pana Grimesa parę razy zdrowo poniosło. Najbardziej przełomowa scena w omawianym sezonie to moment, gdy Rick potrącił uciekającego policjanta i chwilę później zaczął do niego mierzyć z broni, cedząc przez zęby, że wystarczyło się tylko zatrzymać. Muzyka, napięcie i znany tik nerwowy bohatera z przekręcaniem lekko głowy w sytuacjach, gdy ten się waha sportretowały Ricka pięć lat po przebudzeniu w szpitalu – nie jako człowieka z rozterkami i wiecznymi problemami, ale jako twardego mężczyznę, którego życie nauczyło bezwzględności i szybkich reakcji.    

Sezon piaty zakończył ciekawy cliffhanger i możemy się tylko domyślać (lub doczytać po cichu), co się wydarzy w 6 odsłonie „trupków”. Nie da się ukryć, że Kirkman wyrasta powoli na geekowego guru, a sama seria rozpędza się coraz bardziej, wypuszczając ze swoich trzewi pierwszy spin-off pt. Fear The Walking Dead, opowiadający o początkach apokalipsy. Mam tylko nadzieję, że przypadek TWD stanie się drugim Arrowverse, z którego wyrosło już całe telewizyjne uniwersum DC. Oby…

 

źródło foto: 1

Zobacz również

After Yang

Nie ma czegoś bez niczego...

filmy

Deathloop

Zapętlona zabawa w Kotka i Myszkę

gry

Gnoza

Michał Cetnarowski

literatura

Diuna

Strach to zabójca umysłu

filmy

Top 7 filmów z 2021 roku

Subiektywne zestawienie najlepszych filmów fantastycznych

filmy

Wejdź na pokład | Facebook