Edge of Tomorrow

Live. Die. Repeat

Autor: Owen

filmy

Tom Crusie to przykład utalentowanego aktora i showmana, roztaczającego wokół siebie aurę typową dla megalomanów i gwiazdorów filmowych z lat 80 i 90’, którzy z lepszym lub gorszym skutkiem nadal aktywnie bronią swojej pozycji w Hollywood. To również przykład artysty mocno dominującego na każdym planie zdjęciowym i przede wszystkim wzór człowieka rozchwianego emocjonalnie pomiędzy kinem, a wspieranym przez siebie ruchem wyznaniowym. To także typ uparciucha, który po chwilowym potknięciu i potencjalnym załamaniu kariery, mozolnie pracował na powrót do panteonu najbardziej kasowych gwiazd współczesnego kina. I choć w jego dorobku można wymienić wiele ciekawych ról z pogranicza sensacji i dreszczowców, to według mnie najmocniejsze atuty w jego portfolio stanowią kreacje aktorskie stworzone na potrzeby kina fantastycznego. Po świetnym Raporcie Mniejszości, udanej adaptacji Wojny Światów i frapującym Oblivionie, Tomek kolejny raz podjął wyzwanie i postanowił zostać żołnierzem przyszłości w autorskiej ekranizacji książki Hiroshiego Sakurazaki pt. All You Need Is Kill.

Edge of Tommorow to historia bazująca na japońskiej powieści militarnej, którą Sakurazaka stworzył wspólnie z Yoshitoshi Abe w 2004 roku. Pozycja okazała się wielkim sukcesem na lokalnym rynku wydawniczym i zdobyła ogromną popularność wśród czytelników oraz uznanie ze strony wielu tamtejszych pisarzy, z Yasutaką Tsutsuim i Chōhei Kanbayashim na czele. Otrzymała również prestiżowe wyróżnienie Seium, czyli japoński odpowiednik nagrody Nebula. Po niemal dekadzie powstała adaptacja mangowa, napisana przez Ryōsuke Takeuchiego i zilustrowana przez Takeshiego Obatę, która ukazała się w 2014 roku na łamach magazynu Shueisha’s Weekly Young Jumpi i została podzielona na kilka części, wydawanych od stycznia do maja bieżącego roku. Tak więc, wielki hit z kraju kwitnącej wiśni, musiał zostać w końcu zauważony przez cierpiące na brak nowych pomysłów Hollywood, które po uzyskaniu praw autorskich, powierzyło projekt ekranizacji doświadczonemu reżyserowi – Dougowi Limanowi. Kto z tej walki wyszedł cały, a kto nadal śni?

 

UWAGA! Tekst może zawierać spoilery!

 

Live

 

Major William Cage to zapatrzony w siebie elegancik i showman, dla którego inwazja obcej cywilizacji na kontynent europejski okazała się życiową szansą do zaspokojenia swoich ambicji. Jako rzecznik wojskowy bryluje w każdym studio telewizyjnym i z uśmiechem na twarzy przekonuje, że planowana przez United Defense Forces (UDF) operacja militarna o kryptonimie Downfall będzie pokazem siły zjednoczonej ludzkości i da odpór kosmicznym najeźdźcom, którzy przewyższają autochtonów szybkością, okrucieństwem i nieprawdopodobnymi zdolnościami adaptacyjnymi, pozwalającymi na przewidywanie posunięć taktycznych wroga. Każdy argument o niezwykłych możliwościach Mimików kwituje starannie wyreżyserowanym stwierdzeniem, że jego zdaniem akcja desantowa zaskoczy przeciwnika, a super nowoczesne uzbrojenie w postaci hydraulicznych egzoszkieletów powinno wystarczyć do rozgromienia armii najeźdźców. Pewność siebie i wiara w głoszone tezy znikają, gdy podczas spotkania z generałem Brigham’em w londyńskim sztabie UDF poznaje rozkazy dotyczącego swoich kolejnych działań. Wojsko planuje podnieś morale grupy desantowo-uderzeniowej poprzez wysłanie na front wszystkich swoich ikon, w tym znanego z przekazów medialnych majora. Nie mający doświadczenia bojowego Cage jest zdruzgotany, więc pod wpływem chwili postanawia zdezerterować, co oczywiście kończy się dla niego wyrokiem skazującym i przydziałem do najbardziej upartej jednostki bojowej, znanej jako J Squad.

Zdezorientowany i zdegradowany do stopnia szeregowego William budzi się następnego dnia na lotnisku Heathrow, które zostało zaadaptowane przez armię na potrzeby zbliżającej się kontr-inwazji, by po chwili trafić w ręce starszego sierżanta Farella. Szeregowy Cage nie chce zaakceptować swojej sytuacji i próbuje się wykręcać, jednak nowy przełożony pozostaje nieugięty, a główny bohater trafia w końcu do hangaru z żołnierzami zasilającymi pierwszą linię planowanej ofensywy. Nie trudno zgadnąć, że poborowi stanowią niezwykle barwny miks towarzyski i raczej dadzą popalić nowemu koledze, jednocześnie olewając jego prośby o szybki briefing na temat przygotowanych systemów walki. Nazajutrz dochodzi do zrzutu, podczas którego wszystko dzieje się na opak – transportery zostają zaatakowane zbyt daleko od linii brzegu, wojacy wypadają z nich bezwładnie jak paczki z żywnością dla uchodźców, a na plaży zamiast oczekiwanej chwały, trup ściele się gęsto i często. Wszystko wskazuje na to, że kosmici w jakiś dziwny sposób przewidzieli desant i przygotowali morderczy komitet powitalny, który rozniósł w pył oddział J, zanim ogłuszony Cage zdążył wychylić głowę z wykopu. Dopełnieniem makabry była sytuacja kilka chwil później, kiedy zobaczył śmierć kobiecej ikony – Full Metal Bitch. A gdy w końcu udało mu się uruchomić karabin w swojej zbroi, zaraz obok pojawił się tzw. osobnik Alfa, odpowiedzialny za kolektywne sterowanie tysiącem innych jednostek wroga i po krótkim rekonesansie, rzucił się w stronę naszego bohatera. William odruchowo odpalił samobójczy ładunek wybuchowy i w ułamku sekundy po eksplozji, został zalany organiczno-metalicznym płynem z trzewi potwora i umarł…

Pstryk. Bohater budzi się ponownie na londyńskim lotnisku, na dobę przed operacją, podczas której zginął przed chwilą…

 

EoT2

EoT3

EoT4

 

Die

 

Uprzedzając jakiekolwiek ataki i sugestie wobec mojej (potencjalnej) ignorancji chciałbym napisać, że nie miałem jeszcze okazji na przeczytanie książkowego pierwowzoru, a także na zapoznanie się z adaptacją mangową. Dlatego moja opinia będzie się opierała tylko na wrażeniach wyniesionych z sali kinowej. I napiszę zupełnie szczerze – dawno żaden blockbuster z gatunku science-fiction nie zrobił na mnie tak dobrego wrażenia. To niewątpliwe zasługa kilku sprytnie przemyślanych czynników, z których jako pierwszy wymieniłbym przedstawioną historię. Ale prezentacja tejże mogłaby się nie udać, gdyby nie świetnie dobrana obsada aktorska, wzorowo oddająca klimat i ducha wyniszczającego konfliktu. Nie ma się co oszukiwać w kwestii dominanty – jest nią Tom Cruise, który świetnie zagrał majora Cage’a na każdej płaszczyźnie filmu, począwszy od pierwszych, nieco zabawnych scen w studio telewizyjnym, poprzez kreację naiwnego dezertera, wariata z ustami zaklejonymi taśmą, aż po świadomego swoich możliwości komandosa, który desperacko próbuje rozwikłać zagadkę lokalizacji Overmind’a Mimików. Początkowo śmiertelnie poważny i zupełnie nieskuteczny wojak, z czasem staje się zupełnie obojętny na drugorzędne wydarzenia i skupia swoją uwagę na głównym zadaniu – i dokładnie to odczułem oglądając Tomasza w tym filmie. Rita Full Metal Bitch Vrataski to również bardzo przyjemnie i rzetelnie odegrana rola, a Emily Blunt wyrasta powoli na wschodzącą gwiazdę Świętego Lasu. Grana przez nią bohaterka to z pozoru tzw. twarda sztuka, która w trakcie seansu odkrywa swoja prawdziwą wrażliwość i finalnie – pomimo trudnego charakteru – kradnie serce Williama. Na uwagę zasługuje jeszcze drugoplanowa kreacja Billa Paxtona, czyli filmowego sierżanta Farella, będącego mieszanką kiepskiego sarkazmu i typowo wojskowej przekornościi, prowadzącej do zguby swoich podwładnych. Reszta aktorów odgrywa bardzo małe epizody i w sumie nie ma sensu o nich jakoś szerzej pisać, bo w ferworze walki znikają z oczu szybciej, niż chory człowiek zdąży kaszlnąć.

Osobnym aspektem, bez którego omawiany film nie miałby racji bytu, są efekty specjalne. I kolejny raz należy mocno pochwalić całą ekipę odpowiedzialną za szereg działań audio-wizualnych, maksymalnie absorbujących odbiorcę. Bardzo mnie cieszy fakt, że w dobie totalnego i często tandetnego CGI, omawiane dzieło zostało zrealizowane przy wykorzystaniu klasycznych możliwości FX, a na potrzeby produkcji stworzono sporych rozmiarów sztuczną plażę w obrębie brytyjskiego Leavesden Studios. Ciekawe są również okoliczności powstania egzoszkieletów, noszonych przez bohaterów podczas zmagań bojowych. Cały proces budowy tychże trwał niemal 6 miesięcy, w trakcie których powstał najpierw szereg szkiców koncepcyjnych, później reżyser wybrał konkretne wersje, a ekipa konstruktorska zbudowała aluminiowe modele w skali 1:1 na manekinach udającym poszczególne postacie, aż w końcu wytypowano trzy wersje militarnej zbroi, określane jako Piechur, Pies i Czołg. Poszczególne prototypy różniły się zasadniczo budową, stopniem zaawansowania i wagą, rozpiętą pomiędzy 39 a 59 kilogramów, natomiast samo założenie jednego zestawu zajmowało ekipie ok pół godziny. Jednak to nie piechurzy z UDF robią największe wrażenie. Wyobraźcie sobie ultra szybkie istoty, adaptujące się praktycznie do każdych warunków atmosferycznych i zdolne w mgnieniu oka roztrzepać cały oddział poważnie uzbrojonych żołnierzy. Przed napisaniem tej recenzji miałem okazję zobaczyć kilka proponowanych szkiców dot. wyglądu Mimików i powiem krótko – każda z propozycji wyglądała zjawiskowo. W scenach batalistycznych czuć było ich szybkość, skuteczność i totalną bezwzględność – czyli dokładnie te cechy, których obawiali się ludzie.      

Całość dopełnia bardzo nietypowo skomponowana i dobrana ścieżka dźwiękowa, za którą odpowiada Christophe Beck, debiutujący w kinie science-fiction. Kompozytor stanął przed nie lada wyzwaniem, bowiem wiele filmowych scen zostało powtórzonych i raczenie widza tymi samymi utworami nie wchodziło w grę. Co więcej, muzyk zrezygnował z modnych i patetycznie brzmiących kompozycji, wykorzystujących dźwięki trąbki i rogów na rzecz nietypowej kompilacji, w której wypada wyróżnić fragmenty nagrane dzięki Pizzicato. Jest mrocznie, frapująco, ale nie tandetnie – i o to właśnie chodzi w innowacyjności. 

 

EoT5

EoT6

 

Repeat

 

All You Need is Kill a.k.a. Edge of Tomorrow to bez wątpienia pierwszy z zaprzęgu czarnych koni mojego tegorocznego zestawiania filmowego. Twórcy dzieła sprawnie korzystają z wielu pomysłów i nawiązań, ale nie idą na skróty oraz nie podają wszystkiego na tacy – wierzą w inteligencję widza i liczą, że odbiorca znający realia nowego porządku świata, sam sobie dopowie pewne kwestie i rozwiązania. Akcja – pomimo wielu powtórzeń – pędzi ostro do przodu, ale nie w bezmyślny sposób i to niewątpliwy plus tego futurystycznego kina wojennego. Jednak w tym wielkim akcie ekstazy jest jedna skaza, której nie mogę wybaczyć – czyli typowo łzawe i amerykańskie zakończenie. Wyobraźcie sobie, jakby wyglądała wasza reakcja na finał skonstruowany w stylu Incepcji, gdy nie wiecie, czy to co się dzieje jest już prawdziwą rzeczywistością, czy może kolejnym Dniem Świstaka…   

– Myślę, że słowo kill użyte w tytule oryginału, jest bardzo źle kojarzone w dzisiejszych czasach. Nie wiem, czy ludzie chcą być bombardowani zwrotami tego typu? Czy otwierając codziennie gazetę, chcą widzieć tak negatywny przekaz? Widzimy ten wyraz w tak wielu nagłówkach, w tak wielu różnych konfiguracjach, że oglądanie go w kinie byłoby po prostu czymś złym… – Erwin Stoff, producent filmowy o zmianie tytułu.

 

 

źródło foto – 1

Zobacz również

After Yang

Nie ma czegoś bez niczego...

filmy

Deathloop

Zapętlona zabawa w Kotka i Myszkę

gry

Gnoza

Michał Cetnarowski

literatura

Diuna

Strach to zabójca umysłu

filmy

Top 7 filmów z 2021 roku

Subiektywne zestawienie najlepszych filmów fantastycznych

filmy

Wejdź na pokład | Facebook