Diuna

Strach to zabójca umysłu

Autor: Owen

filmy

Na przestrzeni ostatnich pięciu lat nie było chyba filmu, na który czekałbym z aż taką ekscytacją. Ale równocześnie, nie pojawiła się też produkcja generująca równie wysoki poziom fanowskiego stresu. 

Bo powiedzmy sobie szczerze – powieści fantastyczno-naukowe tego kalibru można policzyć na palcach jednej ręki. Więc gdy ktoś chce się mierzyć z takim dziełem jako reżyser, to musi być przygotowany na dwa artystyczne fronty: ten wewnętrzny, który będzie wymagał doskonałej taktyki i zrozumienia sytuacji, a także ten zewnętrzny, złożonym z armii ortodoksyjnych fanów literackiego pierwowzoru, czyhających na każde odstępstwo. I choć w ramach pierwszego podejmujący temat śmiałek będzie musiał stoczyć wiele małych bitew czy potyczek o to, jak interpretować materiał wyjściowy oraz w jaki sposób przedstawić go ogółowi, to jednak ten drugi front jest według mnie rozstrzygający. Ponieważ reakcja widowni jest najlepszym barometrem, wskazującym, czy dany tytuł okaże się kultowy. A także, czy zarobi na siebie w tych niespokojnych czasach. 

Omawiany film jest tak bardzo złożonym projektem, że postanowiłem porozmawiać na ten temat z największym znanym mi fanem prozy Herberta, czyli Marcinem z bloga Kultura Obrazkowa. 

Owen: Nie będę ukrywał, że najnowsza produkcja w reżyserii Denisa Villneuev’a była chyba najbardziej wyczekiwanym przeze mnie filmem w zeszłym roku. Pech, a może wprost przeciwnie – szczęśliwy zbieg okoliczności sprawiły, że utwór mogliśmy obejrzeć dopiero w tym sezonie. I nie bez powodu wspominam o tym, dziwnie rozumianym, szczęściu tudzież zimnej krwi, bo mam świadomość, jak bardzo ten projekt utopiłby się finansowo w covidowych falach pandemii. Choć i tak został częściowo ograbiony z zysków przez różne daty premiery w poszczególnych częściach świata; a także, a może przede wszystkim, przez równoczesną dystrybucję cyfrową. Szczerze mówiąc, nie rozumiem podejścia wytwórni, która w przypadku tak gigantycznego blockbustera, nie powinna eksperymentować.

Marcin: Model dystrybucji był faktycznie ryzykowny, a może i wręcz głupi. Ale jednocześnie za obejrzeniem Diuny na wielkim ekranie przemawiało tak wiele rzeczy, że trudno było mi przyjąć założenie, że to się może nie udać. W zasadzie wszystkie informacje, które spływały na temat filmu rozgrzewały kocioł, przepraszam – ‚szum-pociągu’ – do czerwoności, tak że pod koniec znacznie wydłużonego okresu oczekiwania popierniczał znacznie szybciej, niż ten towarzyszący pierwszej odsłonie nowej trylogii Star Wars, czy kontynuacji Blade Runnera

Bo raz – to jednak próba (numer 3 albo i 4, wliczając projekt Jodorowsky’ego ograniczający się do szkiców koncepcyjnych) ekranizacji powieści, do opisania statusu której, nawet takie słowa jak: kultowa, czy klasyk wydają się nieco zbyt małe, a termin arcydzieło wcale nie zbyt duży. Ilekroć jestem na jakimś spotkaniu ludzi, którzy za młodu zbyt długo gapili się w nocne niebo i pojawia się temat ulubionej powieści sf, zawsze gdy ktoś rzuca hasłem: Diuna, wszyscy naraz zgodnie kiwają głowami, dodając: No tak, przecież Diuna. Po drugie – rzecz dostała nieziemską obsadę, na którą żaden inny film nie zasłużył. Nazwiska które znalazły się na plakatach to przecież aktualne góry tej branży; zawodnicy mocni, charakterystyczni i dopasowani do swoich postaci (o czym niżej). Po trzecie – Dennis. Można mu pewnie zarzucać jakieś rzeczy (podobno zawinął ze sklepu batona ryżowego na wycieczce do Montrealu, w trzeciej klasie podstawówki), ale gdy już bierze się za film, wiadomo że dowiezie minimum niezłą produkcję.

Owen: Cieszę się, że wspomniałeś o Jodorowskym, bo to świetny punkt wyjściowy do dyskusji na temat najnowszej adaptacji. Nie tylko dlatego, że projekt Chilijczyka okazał się gigantycznym bodźcem dla kina fantastycznego pod koniec lat 70 (Alien, Star Wars itp.), ale przede wszystkim z powodu jego ekscentrycznego podejścia do książkowego pierwowzoru. Osobiście mam z tym zagadnieniem problem, bo z jednej strony chciałbym zobaczyć kolorowy i niewątpliwie przebajerowany stylistycznie epos; a z drugiej strony wiem, że ostatecznie, poza bardzo ogólną interpretacją głównej osi fabularnej, miałby niewiele wspólnego z dziełem Herberta. 

Co więcej, ten sam zestaw błędów popełniła moim zdaniem ekipa realizacyjna Dino De Laurentiisa, która postanowiła opowiedzieć historię Arrakis według własnej koncepcji, rzekomo bardziej przystępnej dla finalnego odbiorcy. Więc zamiast czternasto godzinnego snuja, opowieść została pocięta i upchnięta w niemal dwu i półgodzinnym filmie, który na wielu płaszczyznach bywa mocno absorbujący, ale nie do końca oddaje klimat i autorską wizję pisarza. W obu przypadkach forma wizualna wzięła górą nad przesłaniem. Dlatego cieszę się, że Denis postawił na maksymalnie realistyczną adaptację i próbę oddania realiów zgodnie z książkowym pierwowzorem. 

Marcin: Chyba mam tak samo jak Ty. Diuna Lyncha, nawet z perspektywy tych dwudziestu, a nie prawie czterdziestu lat, wydawała się być, co najmniej, przefantazjowana. To bardziej była wizja Lyncha doprawiona szczyptą wyobraźni Herberta, niż wizja Herberta doprawiona Lynchem. Generalnie dużo bardziej podobała mi się, nieco już zapomniana, serialowa Diuna Johna Harrisona z 2000 r. Wprawdzie dostaliśmy w tym przypadku, aż cztero i półgodzinny materiał, ale całość jest niewątpliwie dużo bardziej wierna powieści i – pomijając bardzo drewniane już dzisiaj efekty specjalne czy dekoracje, mogące stawać w szranki z tymi z Quo Vadis Kawalerowicza – nadal może się podobać. Zresztą, w 2003 roku dokręcono do niej jeszcze trzyodcinkowe Dzieci Diuny, łączące w sobie wątki z II i III części cyklu, więc jakby ktoś się uparł, to może spędzić na Arrakis dobre 9 godzin.

Zestawiając film Lyncha z serialem Harrisona nie mam wątpliwości, że bajeranctwo mogłoby najnowszą adaptację zabić. Dlatego, choć sam nie wierzę, że to stwierdzam – podoba mi się pewna taka zachowawczość wizji zaprezentowanej przez Villeneuve’a.

Owen: Zachowawczość była w tym przypadku wręcz wskazana. No bo czy jest sens wymyślać od nowa cały setting tak świetnie opisanego świata? Moim zdaniem nie. Trzeba go jedynie delikatnie zinterpretować i zwizualizować. Oddać ducha, poczuć kształty czy kolory, a może nawet usłyszeć ten kosmiczny buzz; lecz bez artystycznego gwałtu, jak to chciał zrobić w/w Alejandro (‘rape it, but with love’…). I to jest pierwszy temat, o którym chciałem z Tobą porozmawiać.

Od tygodni śledzę internetowe awantury dotyczące tego czy owego zjawiska, związanego z nową wersją Diuny. No i niestety, jednym ze sztandarowych tematów wśród malkontentów jest krytyka jej formy wizualnej, z naciskiem na wygląd miejsc, pojazdów tudzież samych postaci – tak, jakby ludzie nie pamiętali efektu zaskoczenia, jaki w 1979 roku wywołał pierwszy Obcy, będący istnym, ale przy tym bardzo realistycznym szaleństwem na tle kolorowych rówieśników pokroju np. The Black Hole. Wtedy widzowie też nie do końca rozumieli ten progres. 

Również w tym przypadku są to obawy wynikające raczej z przyzwyczajenia do kolorowej konwencji space-opery i hermetycznego wyobrażenia przyszłości. Tymczasem, realia są takie, że forma podąża za funkcją, nie tylko w przypadku architektury, ależ też w kwestii ubioru czy używanego oręża. Więc przykładowo, przy wiatrach wiejących z prędkością 800 km/h nawet książęcy pałac musi wyglądać jak monolityczna twierdza, gotowa na bombardowanie z orbity. A skoro zewnętrzna skorupa ma ograniczoną ilość otworów, to siłą rzeczy, również oświetlenie brutalistycznych wnętrz jest znikome – ot, cała tajemnica tej stylistyki, będącej w moim przekonaniu, jako architekta, hołdem dla inteligencji widza, podświadomie oczekującego raczej rzeczywistej interpretacji, aniżeli drewnianych warowni z 1984 roku.  

Marcin: Z nieznanych mi powodów Diuna Lyncha ma jednak na tyle wielu fanów, że wspomniana zachowawczość Villeneuve’a nie mogła wszystkim przypaść do gustu. Dennis nie poszedł w kierunku estetycznych eksperymentów – to fakt. Dla jednych będzie to pewnie wada; dla mnie, tak jak wspomniałem powyżej, duży atut. Podkreślenia wymaga zresztą to, że brak szaleństw absolutnie nie oznacza wizualnego ubóstwa. Najnowsza adaptacja jest pod względem obrazu nadzwyczaj widowiskowa, majestatyczna i bardzo przemyślana, choć oczywiście też nie ustrzegła się wad. Zastosowanie w szerokim zakresie CGI ma bowiem np. ten skutek, że wnętrza wydają się cokolwiek sterylne, a Arrakin wyludnione. Choć akurat to ostatnie można tłumaczyć panującym na zewnątrz klimatem.

Owen: Jak to zwykł mawiać wybitny niemiecki architekt modernistyczny, Ludwig Miss van der Rohe, Less is more. Ta oczywista zasada w świecie wzornictwa wyklarowała się dopiero w XX w., detronizując po drodze wszelkie mody na przepych czy zdobnictwo. I co ciekawe, z powodzeniem działa do dzisiaj – no bo zauważ, że większość świetnie zaprojektowanych obiektów oraz rzeczy wykazuje cechy minimalizmu, popartego doskonałym User Experience. Tak więc, nie musisz tworzyć statku kosmicznego przypominającego latającą bazylikę (chyba, że jesteś z uniwersum Warhammer’a 40K, hehe…), by nadać mu monumentalny charakter. To właśnie te geometrycznie proste bryły budzą większy niepokój, podkreślony za pomocą efektu skali.  

A gdy dodamy do tego wydarzenia z pre-trylogii Legendy Diuny i późniejsze następstwa, czyli m.in. lęk przed zaawansowanymi maszynami, to z łatwością będziemy mogli wytłumaczyć brak komputerów czy prostych, namacalnych interfejsów w omawianym filmie (zakładając, że jednak jakieś są i bywają tak złożone, a przy tym małe lub ‘rozproszone’, iż działają po prostu w tle). Założę się, że nawet dziesięć procent widzów nie zwróciło uwagi na ten ciekawy zabieg, bo wykreowany świat wydaje się bardzo ‘prawdziwy’, oczywiście w takim fantastycznym znaczeniu tego słowa. Wszystko jest albo na maksa użyteczne, przez co lekko podniszczone (np. zbroje, filtraki czy koptery), albo ascetycznie piękne i mające na celu wywołanie ekscytacji. Takie są m.in. stroje świty posłańca Imperatora czy zwiewny kostium Lady Jessiki, w trakcie powitania na Arrakis.

Marcin: To co mi się też w Diunie Villeneuve’a podoba, to efekty castingu. Owszem, nie ma tu wizerunkowego ‚dostrojenia’ do opisów z książki, a czasami zdarzają się i spore odstępstwa (przykładowo Liet Kynes jest tu kobietą, zatem ciekawe jak scenarzyści wybrną z pochodzenia Chani, o ile w ogóle będą próbować), ale trudno na dobór aktorów marudzić. Timothée Chalamet, Oscar Isaac, Rebecca Ferguson są właśnie takimi, odpowiednio – Paulem, Księciem Leto i Lady Jessicą – jakimi sobie ich wyobrażałem podczas czytania książki. To samo jest z Harkonnenami, którzy są tu odpowiednio mroczni, bez tych wszystkich żenująco-groteskowych wstawek w stylu Lyncha. 

Zasadniczo, ponownie – tam gdzie ekranizacja odchodzi od literackiego pierwowzoru – robi to w taki sposób, że trudno się czepiać spójności przedstawionego świata. Dlatego w mojej ocenie Brolin jest świetnym Gurneyem Halleckiem, a Momoa Duncanem Idaho. Jedyną osobą, która mi w tym całym festiwalu nazwisk nie podeszła, jest chyba kreacja Thufira Hawata, ale jak tak patrze na obsadę poprzednich wersji, to ta postać w ogóle nie ma szczególnego szczęścia do castingów.  

Owen: Tak, to prawda, nad Mentatami wisi chyba jakiś urok. Ale i tak wolę to, znacznie subtelniejsze podejście (oraz ciekawy efekt z wywracaniem gałek ocznych). Co do reszty, to praktycznie się zgadzam. Więc zamiast dyskutować o oczywistych oczywistościach, takich jak Gurney Brollin czy Duncan Momoa, chciałbym się skupić na trzech postaciach, które były moim zdaniem kluczowe dla ostatecznego odbioru tego dzieła. Jako pierwszą wymieniłbym w/w Lady Jessicę, której interpretacja wydała mi się niezwykle interesująca. 

Rebecca Ferguson świetnie odegrała emocje targające tą bohaterką, rozdartą pomiędzy miłością do księcia i syna, a wiernością wobec zakonu Bene Gesserit. Aczkolwiek, z powieści pamiętam ją również jako ‘chodzącą broń białą’, która bez problemu poradziłaby sobie z niemal każdym przeciwnikiem. Dlatego trudno pogodzić się z faktem, że tak łatwo dała się pojmać Harkonnenom (chyba, że taki był jej plan). Walka ze Stilgarem też nie wyglądała jakoś widowiskowo. 

Marcin: Jessicę to akurat dopadli we śnie, zatem mogła zrobić im mniej więcej tyle, co NBP w sprawie inflacji w grudniu 2021 r. Ale jeśli jesteśmy już w tym momencie, w którym możemy sobie trochę ponarzekać, to filmowa Diuna faktycznie istotnie spłyca sporo wątków dotyczących postaci, co być może jest skutkiem ich ilości. Niełatwo mi wczuć się w perspektywę osoby, która nie widziała książki. Podejrzewam jednak, że w czasie tych dwóch godzin trudno było jej zbudować więź z jakąkolwiek postacią (może poza Duncanem, bo Momoa jest zwyczajnie sympatyczny). Najwięcej czasu ekranowego dostają bowiem Jessica i Paul. Ta pierwsza ma trudną i wymagającą rolę, którą widzowi niezaznajomionemu z filozofią Bene Gesserit trudno będzie zrozumieć. Ten drugi z kolei – jako efekt wdrożenia tejże filozofii w życie – jest bardzo specyficznym bohaterem, z przypisaną mu rolą mesjasza (powiedzmy sobie, że książka tego tak nie akcentuje, ale scenariusz filmu nawiązuje do tego co 15 minut).

To nie są ‚zwyczajni’ ludzie. Zwyczajny jest Stilgar, którego prawie tu nie ma; Gurney Halleck, migający w paru scenach, albo wspomniany Duncan Idaho. Na pewnym poziomie dzieciaty fan oryginału mógłby się utożsamiać z Księciem Leto, ale ten też jest takim trochę elementem dekoracji. W książce, gdy dopadła go zdrada, miałem ściśnięte gardło; były w tym wszystkim jakieś emocje, a tu w zasadzie poszło szybko i bez żadnych uczuć. Nie było wielu scen, które pokazywałyby jak kocha syna i konkubinę, jak martwi się o rodzinę i sytuację, w którą wdepnął. Budowanie postaci było raczej odtwórcze. Rzemiosło tak, nawet niezłe, ale na pewno nie sztuka. 

To o co mi chodzi, czyli prześlizgnięcie się po temacie, dobrze oddaje historia dr Wellingtona Yueh. W filmie wydaje się być jakimś przypadkowym bohaterem z trzeciej linii, a przecież był jedną z kluczowych osób w kręgu Atrydów, cieszącą się ich wielkim zaufaniem. W rezultacie jego zdrada w ogóle nie zaskakuje. Nadto okazuje się słabo umotywowana, bo filmowy Yueh zdaje się wierzyć, że w ten sposób ocali swoją żonę (to nawet nie jest naiwne, tylko zwyczajnie głupie), podczas gdy jego książkowy pierwowzór chciał za pomocą zdrady, w pokrętny sposób, wyłącznie udupić Barona…

Owen: Aż mi się nie chce wierzyć, że wątek doktora wypadł tak naiwnie. Czy naprawdę scenarzyści nie wyłapali tak ogromnej dziury logicznej w scenopisie? Przecież żaden śmiertelnik nie zostałby dopuszczony do Barona bez odpowiednich procedur sprawdzających. A co więcej, nie dałby rady przygotować samobójczego ataku (Leto) na głównego antagonistę. Więc albo doktor przechytrzył wywiad Harkonnenów, albo otoczenie ich szefa nie rozumiało powagi sytuacji. I tutaj chciałbym napisać kilka słów na temat samego Vladimira, z którym mam tym razem dwa problemy. Pierwszy, to sposób ekspozycji jego postaci, która w ramach zapowiedzi była raczej ukrywana i dopiero w ostatnim trailerze została zaprezentowana w dosyć majestatyczny sposób – co było moim zdaniem dobrym posunięciem. Bo w jego przypadku liczyłem na pewną tajemnicę, może jakieś ujęcia w mroku, gdzie widzimy tylko zarys wznoszącej się postaci i te czerwone lampki jego personala. A dopiero w trzecim akcie zobaczylibyśmy go w całej okazałości…

…no właśnie, to jest ten drugi problem, bo w wykonie Stellana Skarsgarda zabrakło mi trochę książkowego szaleństwa. Jego wersja barona jest niezwykle umęczona, a mordercza ekstrawagancja sprowadza się do beznamiętnego cięcia nożem w/w doktora w, skądinąd, przepięknej wizualnie scenie z umierającym księciem (nawiązania do malarstwa renesansowego i wyobrażeń męki Jezusa są w tym przypadku doskonale zrealizowane). Więc zamiast kopiować ujęcia z filmów Coppoli (Czas Apokalipsy), wystarczyło pokazać niepohamowany apetyt tyrana, z jakąś posoką cieknącą z ust podczas posiłku, który po zbliżeniu do Wellingtona najpierw by go ‘obwąchał’ (jak jakiś nienażarty kanibal), a dopiero potem zaszlachtował. W ten zawoalowany sposób twórcy dali by nam sygnał, że z tym antagonistą po prostu nie ma żartów.

Marcin: A to tu się różnimy (choć z zastrzeżeniem tej płytkości filmowych bohaterów, o której pisałem wcześniej). Wolę Barona tajemniczego, zimnokrwistego i knującego intrygi, niż świra zajadającego się myszami, mordującego kochanków oraz latającego z demonicznym chichotem pod sufitem (wiem, że tu też lata, ale nie tak dramatycznie jak u Lyncha). Psychopata, ale nie wariat.

Ale żeby tu też nie przesadzić z chwaleniem – zabrakło mi też bardziej rozbudowanej warstwy politycznej i rzucenia szerszego światła na skomplikowaną geopolitykę uniwersum. Jak na pierwszą część, mającą naszkicować tło kosmicznej rywalizacji, rzecz oszczędnie macha ołówkiem. Dostajemy w miarę rzetelny portret patetycznych Atrydów, kilka obrazków dotyczących Harkonnenów i tyle samo poświęconych Fremenom.. Imperium istnieje w zasadzie tylko w dwóch scenach, a Gildia Kosmiczna i Bene Gesserit w jednej. Nie mówię, że miała z tego wyjść Gra o Tron, ale jak dla mnie, taka prosta podziałka: dobrzy Atrydzi i szlechetni Fremeni, przeciwko złym Harkonnenom wraz z Imperium, jest już trudna do kupienia. Robi się z tego kosmiczna baśń, w rodzaju tej z Gwiezdnych Wojen, przy czym pomimo uproszczeń i tak jest trudniejsza do zrozumienia dla ludzi nieznających książki, niż filmy Lucasa.

Owen: Zgadzam się, choć sam nie mogę uwierzyć, że takie stwierdzenie przechodzi mi to przez gardło. Prolog był całkiem ciekawy, ale jednak okazał się za krótki i chyba zbyt dosłowny, jak na rangę tego projektu. Wolałbym chyba coś na kształt doskonałych wprowadzeń w serii gier z uniwersum Homeworld – niezbyt długich, ale treściwych na maksa. Czasem lepiej dodać tę minutę lub dwie i trochę wyraźniej zarysować kontekst oraz ogólne tło wydarzeń, niż potem wysłuchiwać narzekania malkontentów, którzy nie zrozumieli fabuły; albo purystów, wynajdujących tu i tam dziury fabularne.

Dlatego liczę, że w kontynuacji, w której główne skrzypce ma podobno grać Chani (Girl Power! Yeah!), poznamy szerszą perspektywę i wiele spraw wyklaruje się w pozytywny sposób, a my w końcu dostaniemy trochę więcej Herberta w filmowej Diunie, na bazie książek Herberta. Już nawet machnę ręką i napiszę: niech ten Hans Zimmer znowu komponuje, byleby dobrze wyszło. Więc kręćcie to, Panie Villenueve, szybko i sprawnie, bo nie mogę się doczekać.

Marcin: No właśnie. Pomimo marudzenia na pewne elementy, moja relacja z Diuną jest znacznie bliżej ‚w związku’, niż ‚to skomplikowane’. Może nie jest idealna, może nawet nie jest rewelacyjna, ale to najlepsza ekranizacja prozy Herberta, jaką mogliśmy w tych niełatwych dla kina czasach dostać. Jasne, Villeneuve podszedł do tematu zachowawczo i ostrożnie, choć nie bez delikatnego pokiereszowania w pewnych miejscach książkowego oryginału. Jednocześnie w trakcie realizacji zdecydowanie zabrakło czasu na pogłębienie rysu charakterologicznego bohaterów oraz sytuacji politycznej. Film ogląda się jednak bardzo dobrze i na pewno jeszcze nie raz do niego wrócę. Co do wspomnianej ścieżki dźwiękowej, to mnie akurat nie porwała. Słyszałem już Zimmera w lepszej formie i bardziej bym sobie życzył kosmicznego gotyku spod znaku Paula Ruskay, tj. autora soundtracku do wspomnianego przez Ciebie Homeworlda

Natomiast co do drugiej części pełna zgoda. Też nie mogę się doczekać powrotu na Arrakis.

fot. 1, 2

Geek, gadżeciaż, gaduła i niepoprawny marzyciel. Miłośnik Fantastyki Naukowej, komiksów, gier oraz wydarzeń retro pop-kulturalnych. Kolekcjoner, uparciuch i nerwus, który zawsze wyciągnie pomocną dłoń. Na co dzień architekt i projektant, wieczorami zajmuje miejsce na mostku kapitańskim Stacji Kosmicznej.

Zobacz również

Top 7 filmów z 2020 roku

Subiektywne zestawienie najlepszych filmów fantastycznych

filmy

Kids in Trouble 2

Część druga - Młodzieżowy horror w najlepszym wydaniu

felietony

Raised by Wolves

Quo vadis Aaronie Guzikowski?

seriale

Negalyod

Vincent Perriot

komiksy

The Last of Us: Part II

Miłość, nienawiść i bezsensowna zemsta

gry

Wejdź na pokład | Facebook