Dead Effect

Kosmiczna Martwica Mózgu...

Autor: Owen

gry

Niemal zawsze, gdy widzę jakieś medium, które łączy ze sobą temat kosmosu, makabry i horroru, wyłączają mi się w głowie wszystkie bezpieczniki, a kontrolę nad moim umysłem przejmuje zwykła ciekawość i późniejsze chciejstwo.

Pal licho, że podobnych historii poznałem już całkiem sporo; pal sześć, że większość z nich bazuje na podobnym schemacie, jedynie z drobnymi odchyleniami – praktycznie za każdym razem idę w zaparte i staram się sprawdzić każdą nowość, o jakiej przeczytam lub którą zobaczę. Dodajmy, że wychodzę na tym często jak przysłowiowy Zabłocki na mydle, bo nie wszystko złoto, co się świeci. I nie każdy tytuł to hit na miarę System Shock’a czy Dead Space’a

Ale z drugiej strony, trzeba spróbować wszystkiego, by mieć potem jakiś punkt odniesienia. Dlatego zerkam przychylnym okiem na większość bundli i wyprzedaży, które mają w swojej ofercie tytuły związane z tematyką poruszaną na Stacji. Co więcej, bywa i tak, że kupię cały zestaw tylko dla jednej produkcji, która w jakiś sposób przyciągnie moją uwagę. I właśnie w takim worku przypadkowych prezentów znalazł się zeszłoroczny projekt grupy BadFly, zatytułowany po prostu Dead Effect i skierowany głównie do użytkowników urządzeń mobilnych, ale oferujący także możliwość rozgrywki na platformach stacjonarnych. Rozmiłowany w kosmicznych slasherach, nie mogłem przepuścić tej produkcji i po krwawych zapowiedziach, uruchomiłem program na swojej stacji…

Przygoda zaczyna się…no właśnie, nie wiadomo gdzie, bo gra (poza wklejonym trailerem) nie posiada żadnego wprowadzenia. Nic, nothing, null. Dopiero po kilku minutach rozgrywki docierają do gracza pierwsze informacje o aktualnym położeniu i teoretycznym przebiegu wcześniejszych wydarzeń. Więc, aby móc napisać cokolwiek o miejscu akcji, posłużę się wiedzą zdobywaną w ciężkich warunkach, podczas makabrycznego gameplay’u. I przy okazji, spróbuję w prosty sposób nakreślić zarys tej – jakże skomplikowanej – fabuły. A wygląda to mniej więcej tak, że rozpoczynamy rozgrywkę od przebudzenia naszego bohatera, który jako jedyny z żołnierzy służb ochronnych na wielkim statku kosmicznym, przeżył okres hibernacji. Nie wiadomo, co doprowadziło do awarii pozostałych kapsuł, a także ile czasu spał nasz wojak, ale po wyjściu na zewnątrz, zastany porządek rzeczy odbiega dalece od tego, co pamięta protagonista.

Tak naprawdę, misja jest prosta – trzeba iść przed siebie i eliminować wszystkie zarażone maszkary, które próbują dorwać głównego bohatera. A gdzieś tam, przy okazji, poznać przyczyny tego kosmicznego bałaganu. I jeśli marzy Wam się przygoda na miarę tej z życiorysu Isaaca Clarke’a, to nie ma się co łudzić – tutaj tego nie znajdziecie. Program jest do bólu wtórny i co gorsza, kończy się w możliwie najgorszy sposób, czyli konfrontacją z nieciekawym i zupełnie niegroźnym bossem. A żeby było śmieszniej, dotarcie do niego zajmuje (dosłownie) kilka godzin żmudnej rozgrywki, sprowadzającej się do tych samych czynności, powtarzanych do znudzenia przy każdej większej zadymie. I jeśli myślicie, że oferowany arsenał umili Wam ten trud, to jesteście w błędzie.

DE1DE2

Wiem, że produkcja była tworzona pod kątem urządzeń mobilnych i związanych z nimi mikro-płatności, które zostały nieudolnie wycięte z wersji desktopowej. Ale to absolutnie nie usprawiedliwia faktu, że deweloper olał alternatywne rozwiązania, tnąc możliwości interfejsu do jakiegoś absurdalnego minimum, które kiepsko wygląda, a jeszcze gorzej działa. Bo po co pchać do oferty wyposażenia kilkanaście pukawek, skoro za zdobyte środki można kupić jedynie dwa, w porywach do trzech modeli? Jaki jest sens gromadzenia większej ilości oręża, gdy na monotonne misję (tak, dokładnie – każdy rozdział nazywany jest misją) możemy zabrać ze sobą tylko dwie bronie i jeden rodzaj granatów? Ale nic to w porównaniu z samym strzelaniem – jedyne zgony, jakie zaliczyłem podczas rozgrywki, wpadały w statystyki zawsze w trakcie niemiłosiernie długiego przeładowywania broni. Ale co ja tam wiem o strzelaniu po 20 latach grania w FPSy…

Na tle tych tragikomicznych pląsów, dużo lepiej wypadają sami przeciwnicy, którzy reprezentują jakieś tam zróżnicowanie wizualne i czasem potrafią zdrowo napsuć krwi. Pojawiają się zazwyczaj hordami, często wyłażąc nie wiadomo skąd (no tak, przecież wszyscy kochamy respawn!), akurat w momencie, gdy nasz komandos musi załadować naboje do swojej strzelby. I jak to zazwyczaj bywa, dwa najfajniejsze potwory wyskakują z monitora tylko na chwilę, stawiając zaciekły opór w przełomowych momentach całej rozgrywki. Niestety, przez jednostajne i mało oryginalne lokacje, trudno ich po prostu zapamiętać. A gdy już zacisną swoje szczęki na gardle naszego Arnolda, to pozostaje albo płatna regeneracja, albo restart całego levelu.

DE3

Martwica Mózgu

Jeśli szukacie tytułu, który w dniu premiery wygląda gorzej, niż wydany dekadę wcześniej Doom 3 (o warstwie fabularno-interaktywnej nawet nie wspominając), to jesteście na dobrym tropie. Gdy nie ma znaczenia szacunek wobec kanonu, a żadna z wydanych wcześniej gier nie stanowi dla Was obiektu kultu, to trafiliście w sedno. I w końcu, jeśli brak funduszy bywa główną przeszkodą w obcowaniu z fikuśnymi produkcjami gore, to albo musicie zainwestować w Ouye i sprzedawany z nią zestaw retro-gier, albo poświęcić trochę czasu na śledzenie internetowych wyprzedaży i łowić za grosze takie perełki, jak omawiana gra. A wierzcie mi, Dead Effect jest tak zły, że aż dobry… 

P.S. – Nie dajcie się zwieźć screenom promocyjnym – gra nawet na maksymalnych detalach tak nie wygląda…

 

źródło foto: 1

Zobacz również

After Yang

Nie ma czegoś bez niczego...

filmy

Deathloop

Zapętlona zabawa w Kotka i Myszkę

gry

Gnoza

Michał Cetnarowski

literatura

Diuna

Strach to zabójca umysłu

filmy

Top 7 filmów z 2021 roku

Subiektywne zestawienie najlepszych filmów fantastycznych

filmy

Wejdź na pokład | Facebook