Days Gone

Jeżdżę, by żyć. Pędzę, by nie zwariować...

Autor: Owen

gry

Apokalipsa nie jedno ma oblicze i nie jedną hordą zombi stoi – wszak, to temat niezwykle plastyczny. Niestety, jako miłośnicy popkultury przywykliśmy do kilku utartych schematów, które maglujemy od wielu dekad. 

I w sumie zaskakuje mnie to, że poza drobnymi wyjątkami w świecie gier (które pewnie nigdy nie wyjdą z fazy early access), próby opowiadania historii w takich realiach oraz z perspektywy zmotoryzowanego włóczęgi-nomada, można policzyć na palcach jednej ręki. I to takiej, w której brakuje kilku paliczków. Owszem, powstało sporo wariacji na temat spalinowych wyczynów w zniszczonym świecie jutra; z łatwością wskazałbym również strzelaniny czy skradanki z maszerującymi truposzami w tle. Ale zawsze brakowało mi czegoś pomiędzy tymi koncepcjami. No i jak na życzenie, a także trochę z zaskoczenia, dostałem w swoje dłonie tytuł, który idealnie wypełnia tę lukę. 

Dwa lata temu wszystko stanęło na głowie. Świat został pochłonięty przez nieznanego wirusa, który zainfekował większość populacji i doprowadził do dziwnej mutacji, zmieniającej ludzi w tzw. Świrusów. Czyli bardzo aktywnych ruchowo zombi z tendencją do łączenia się w grupy, a nawet całe hordy. Nikt nie wie, co się tak naprawdę wydarzyło i kto odpowiada za taki obrót sprawy. Pozostała przy życiu i zdrowych zmysłach garstka szczęśliwców próbuje jakoś funkcjonować, imając się różnych zadań lub pomysłów, zapewniających podstawowy byt. Nie zawsze opłacalnych i nie zawsze uczciwych.

W takich okolicznościach poznajemy jednego z motocyklowych nomadów, Deacon’a StJohna, który po zakończeniu służby wojskowej i późniejszym rozpadzie swojego gangu, przemierza środkową część stanu Oregon jako łowca i kurier. Towarzyszy mu równie zakręcony i wbrew pierwszemu wrażeniu, bardzo pozytywny przyjaciel, Buzer, którego życiorys jest jak tatuaż na jego głowie – co najmniej zaskakujący. Obaj mężczyźni żyją z dnia na dzień. Nie szukają prawdy, ale też nie angażują się jakoś bardzo w większe działania napotykanych społeczności. Do czasu, gdy zaczynają ginąć kolejni kurierzy. 

Wirtualna wersja 33 stanu jest piękna i mocno złożona pod względem detali. Góry, lasy, bezdroża i opuszczone miasteczka skutecznie podkręcają klimat amerykańskiej prowincji w czasach epidemii. Do tego opuszczone bazy wojskowe i obozy uchodźców, w których każdy klnie jak szewc. Można się błąkać po okolicy bez celu, tylko dla samych widoków, albo czerpać przyjemność płynącą z jazdy, a i tak człowiek nie odczuje straty czasu. Podział mapy mógłbym określić jako bardzo pomysłowy, bo nie dość, że pozwala na dawkowanie kolejnych przygód w kolejnych strefach klimatycznych, to jeszcze całkiem fajnie nawiązuje do prawdziwych map zachodniego rejonu Ameryki Północnej. Scenarzyści nie cackali się z nikim i postawili na wstrząs fabularny już na samym początku zabawy. Dlatego pierwsza misja to klasyczny samouczek, który w klarowny sposób tłumaczy podstawowe funkcje oraz możliwe rozwiązania, z jakich będziemy korzystali w trakcie rozgrywki. Ściganie i śledzenie zdrajcy wśród kurierów to również świetne wprowadzenie do jazdy na motorze, czyli przyjemnej, offroadowej, ale też niebezpiecznej czynności, która daje kupę frajdy, ale przez chwile nieuwagi, może kosztować zdrowie lub życie głównego bohatera. O roztrzaskanym motocyklu nie wspominając.  

A skoro mowa o jednośladzie, to w tym miejscu – i trochę przy okazji – zahaczę o najbardziej krytykowaną czynność w grze, czyli o zbyt częstą potrzebę tankowania pojazdu. Szczerze mówiąc, nie rozumiem tych zarzutów. Planowanie każdej wyprawy to zawsze złożony proces, który wymaga szerokiego przygotowania oraz konkretnej wiedzy, również tej z zakresu dystrybucji zasobów. Nic tak nie potęguje stresu, jak niski poziom paliwa w sytuacji, gdy Deacon jest gdzieś na odludziu, gdzie w dodatku grasuje jakaś horda zombi. Wtedy samotna eksploracja bywa naprawdę ryzykowna, ale też niezwykle adrenalino-genna, co z kolei podnosi poprzeczkę i nakręca prawdziwych hardcorowców. Ja akurat lubię takie sytuacje, więc szukanie kanistrów z benzyną było dla mnie czymś naturalnym, co nie raz skutkowało jakąś przypadkową przygodą – np. walką z grupą zbirów koczujących w opuszczonej stacji paliw.

Sama eksploracja to też całkiem przyjemny proces; głównie dlatego, że w ogólnym zestawieniu wszystkich czynności, to raczej sprawa poboczna, przez co może wciągać, ale nie męczy. Pula możliwych fantów, które możemy znaleźć w tzw. Syfie, nie imponuje (a szkoda, bo akurat na tej płaszczyźnie można było dodać trochę dodatkowych smaczków), sprowadzając całość do bardzo podstawowego craftingu. Nie obraziłbym się również na możliwość uruchomienia trybu 'prawdziwego życia’, który zobowiązywałby mnie do regularnego karmienia głównego bohatera oraz pilnowania jego kondycji psycho-fizycznej poprzez zapewnianie mu odpowiedniej ilości snu czy wody. Niestety, teraz procesy odpoczywania i polowania to raczej ciekawostka, bez realnego wydźwięku na bieg wydarzeń. 

Na szczęście dosyć rozbudowana linia fabularna w pewnym momencie wpycha głównego bohatera w sieć intryg i zadań, które z biegiem czasu stają się coraz trudniejsze, a nawet śmiertelnie niebezpieczne. Pierwsze realne starcie z dużą hordą w jednym z przydrożnych miasteczek to jest tak epickie przeżycie, że jeszcze kwadrans po bitwie czułem pulsujący w całym ciele szał bitewny. A jest co robić, bo punktów do odhaczenia na mapie sukcesywnie przybywa, więc Deacon trochę się najeździ i z pewnością nastrzela. Można narzekać na grind czy powtarzalność niektórych zadań – mi to akurat nie przeszkadzało. Na szczęście, ukryte zakończenie rekompensuje czas spędzony w Oregonie dotkniętym apokalipsą.

No i teraz pojawia się pytanie: czy Days Gone jest rzeczywiście grą wartą polecenia? Trochę na przekór internetowym reckom i omówieniom, w ramach których autorzy narzekali na powtarzalność czy nijakość tego tytułu, napiszę, że według mnie to jest bardzo dobra gra. Ma w sobie wszystko to, co przyciąga do konsoli. Być może próg fabularnego wejścia jest zbyt wysoki dla niedzielnych graczy, a hardcorowców i wizualnych purytan wkurza problem dogrywających się tekstur. Ale na dłuższą metę nie ma to żadnego znaczenia, bo Oregon po apokalipsie wciąga jak czarna dziura. 

foto: 1

Zobacz również

After Yang

Nie ma czegoś bez niczego...

filmy

Deathloop

Zapętlona zabawa w Kotka i Myszkę

gry

Gnoza

Michał Cetnarowski

literatura

Diuna

Strach to zabójca umysłu

filmy

Top 7 filmów z 2021 roku

Subiektywne zestawienie najlepszych filmów fantastycznych

filmy

Wejdź na pokład | Facebook