Jupiter Ascending

Nieudane Shakespeare Story w Kosmosie

Autor: Owen

filmy

Pamiętam bardzo dobrze wakacje w 1999 roku, gdy do polskich kin zawitał pierwszy Matrix, przekształcony później przez reżyserski duet w bardzo dyskusyjną trylogię oraz produkcje animowane, które wraz z grami uzupełniały to przerażające uniwersum.

Pierwowzór serii okazał się ogromnym hitem i przy okazji tchnął powiew świeżości w filmową sferę Fantastyki Naukowej. Matrixomania ogarnęła dosłownie wszystkich geek kinomanów, czarne okulary i telefony marki Nokia zrobiły się niezwykle popularne, a na każdym forum dyskusyjnym musiał się pojawić przynajmniej jeden nick, w swej prostocie i jednocześnie niby-wyjątkowości, przypominający imię głównego bohatera. Jednak najciekawsze w tej sytuacji musiało być zdziwienie braci Andy’ego i Larry’ego Wachowskich, którzy chyba nie do końca wierzyli w sukces swojej produkcji i jako specjaliści w branży ciesielskiej, jeszcze podczas kręcenia ujęć, przyjmowali zamówienia na prace budowlane.

Wrzawa wywołana wokół futurystycznej wizji przyszłości (bazującej – według niektórych teorii spiskowych – na twórczości Adama Wiśniewskiego-Snerga), była tak duża, że rodzeństwo postanowiło kontynuować przygody boskiego Neo i jego ferajny, wybiegając swoimi myślami już o dwa kroki dalej. Wyprodukowany w 2005 roku film, oparty na bazie komiksu pt. V for Vendetta, mocno skłócił rodzeństwo z Alanem Moore’em, a psychodeliczna adaptacja anime Mach GoGoGo, zatytułowana po prostu Speed Racer, wzbudziła mieszankę zachwytu i konsternacji wśród widzów, przy okazji nurkując dosyć mocno w notowaniach światowego box-office’u. Tymczasem, powstały niedawno – świetny w swojej klasie – Atlas Chmur stał się kolejnym kamieniem milowym we współczesnym kinie fantastycznym i pozwolił mi wysnuć jedną tezę – filmy szalonego rodzeństwa nie zawsze trafiają w gusta odbiorców, często wyprzedzając tzw. swój czas, ale przede wszystkim w odważny sposób eksplorują nowe kanony (czasami zwyczajnie przywołując odrobinę zapomnianą klasykę) i równocześnie eksperymentują z wyobraźnią żądnych wrażeń konsumentów popkultury. Jak na tym tle wypada najnowsze dzieło Wachowskich, zatytułowane tajemniczo Jupiter: Ascending?

Jupiter Jones (grana bardzo wrażeniowo przez Milę Kunis) urodziła się w dosyć nietypowych okolicznościach – podczas wielkiego, morskiego exodusu jej rodziny – z przeżywającego problemy polityczne ZSRR – wprost do ziemi obiecanej wszystkich uchodźców, czyli Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. Jej narodzinom towarzyszyły dziwne zjawiska atmosferyczne, wywołujące niepokój u wszystkich obserwatorów i przywołujące słowa zamordowanego kilka tygodni wcześniej ojca dziewczynki. Bo Maximilian Jones miał bzika na punkcie astrologii i wierzył lub raczej podświadomie przeczuwał, że nic we Wszechświecie nie dzieje się przypadkowo, a my jako ludzkość, wcale nie jesteśmy sami w naszej kosmicznej okolicy. Jego obsesja i głoszone później teorie mogły sprawiać wrażenie mocno niepoważnych, lecz z czasem wyszło na jaw, że ten niepoprawny romantyk miał rację. I właśnie na cześć jego pasji, córka otrzymała imię pochodzącego od rzymskiego ojca bogów: Jupitera – władcy nieba i ziemi, sprawcy burzy i deszczu, który zawłaszczył dla swojego miana największą, a zarazem najbardziej niegościnną planetę Układ Słonecznego.

Po latach, dojrzała już bohaterka prowadzi monotonne życie sprzątaczki w firmie swojego wuja, próbując w wolnych chwilach korzystać z życia na jakimś absolutnie minimalnym poziomie i przy okazji, odłożyć parę drobnych na później. Tymczasem, codzienność daje jej w kość już od czwartej nad ranem, a każdy kolejny pomysł na zmianę status quo okazuje się gorszy od poprzedniego, przez co młoda kobieta zaczyna popadać w coraz większą frustrację. Nie pomagają randki z przypadkowo poznanymi facetami, nie pomaga pazerny kuzyn i jego bezczelny pomysł na sprzedawanie komórek jajowych panny Jones i w końcu, beznadziejność sytuacji dobija sama rodzina, sprawiająca wrażenie bandy przekrzykujących się wariatów. I gdy apogeum stagnacji niemal dosięga osobę protagonistki, Jupiter staje się mimowolnym świadkiem bardzo dziwnej sytuacji, która pociągnie za sobą cały ciąg wydarzeń – dosłownie – nie z tej ziemi…

JA1JA2

Królowa z Chicago

Początek seansu to typowo rubaszne kino post-imigracyjne, które przywołuje na myśl wiele klasycznych tytułów, opowiadających o zmaganiach biednych ludzi w obliczu zestawienia naiwnego wyobrażenia o lepszym życiu z rzeczywistym, tzw. Amerykańskim Snem. Jest swojsko i dosadnie, a momentami niezwykle stereotypowo. Aż do momentu pojawienia się tajemniczego Caine’a, wyglądającego jak miks elfa z komandosem, który tak naprawdę okazuje się genetycznie zmodyfikowanym wilkołakiem zabójcą z kosmosu, używającym anty-grawitacyjnych butów. Brzmi intrygująco? A wierzcie mi – to dopiero początek koktajlu tematycznego, jaki scenarzyści postanowili dodać do wrzącego kotła z podskakującą pokrywką. Chwilę później, akcja zaczyna galopować w coraz szybszym tempie i co gorsza, fabularnie rozjeżdżą się w kilku zupełnie różnych kierunkach. Tym samym, świetny potencjał tego osadzonego w kosmosie dramatu szekspirowskiego, z jego mnogością ewentualnych wątków pobocznych i szeregiem frapujących postaci, zostaje roztrzepany na rzecz banalnej, rzekłbym – typowo disneyowskiej konwencji, w której wszystko jest oczywiste i przewidywalne.

Mając tak wiele pozornie niepasujących do siebie motywów, trzeba niezwykle skrupulatnie podejść do procesu makietowania fabuły, przy okazji panując nad całą gamą odmiennych pierwiastków i wysuwając na pierwszy plan te najważniejsze elementy, które zaważą na dalszym losie dzieła. I naprawdę nie jestem w stanie wytłumaczyć, dlaczego rodzeństwo Wachowskich wybrało najgorszy z możliwych kierunków rozwoju historii tej space-opery – miast wyeksponować zmagania i zakulisowe roszady dworów książęcych, z naciskiem na ród Abrasax’ów, postanowiło zobrazować przygody super nieciekawej i mało wyrazistej Jupiter oraz jej popleczników. Moja awersja do Mili Kunis będzie w tym miejscu dosyć odczuwalna, a charakter tej niechęci narasta stopniowo już od kilku lat. Dlaczego? Bo kolejny raz, zamiast rozdartej emocjonalnie bohaterki (którą aktorka mogła zagrać), doświadczyłem głupkowatej i niezwykle drewnianej kreacji, odpychającej mnie na lata świetlne od prezentowanej postaci. Idiotyczne „ohh my God”, wymawiane co kilka ujęć i cała gama żartobliwych sucharów zabiły potencjał tej persony.

JA3

Nie lepiej jest wśród licznych przedstawicieli dworu, otaczającego zreinkarnowaną matkę królów. Już sam pomysł stworzenia postaci galaktycznego łowcy w tak bezpłciowej formie, będącego w rzeczywistości tylko spoiwem wielu wątków fabularnych, jest po prostu niedorzeczny – nie ma w tej postaci żadnej charyzmy i luzackiej przekory, za którą moglibyśmy ją polubić. Nie ma w niej zadziorności, o której cały czas wszyscy mówią. Channing Tatum to aktor jednej konwencji – jego gra w omawianym dziele nie różni się za bardzo od wcześniejszych występów w innych blockbusterach. I o ile akurat po jego osobie nie spodziewałem się jakichś fajerwerków, to w przypadku starszej lub bardziej doświadczonej kadry aktorskiej nie mogę być tak łaskawy. Sean Bean mógł sobie darować ten projekt, bo jego wykon wypadł równie sztucznie, a kreowana postać nie była jakoś super potrzebna w całej linii fabularnej, poza faktem, że tym razem nie zginęła w tragiczny sposób.

Rodzeństwo kosmicznych szlachciców wypadło (w moim przekonaniu) tak sobie, bo ani mnie nie zachwycili, ani nie rozczarowali – ale niechcący obnażyli słabość scenariusza, przejmując inicjatywę w momentach swojej obecności na ekranie i spychając pseudo sensacyjny romans na drugi lub nawet dalszy plan. Konciec końców, najlepszym i według wielu osób, najbardziej dyskusyjnym ogniwem pozostaje postać Balema Abrasaxa, odgrywana niezwykle sensualnie przez Eddy’ego Redmayne’a. Można się obrażać na siłę jego ekspresji, tudzież groteskowe okrzyki, jednak senior kosmicznego rodu wydawał mi się niezwykle autentyczny w swoim szaleństwie i podobnie jak wielu kinowych fanatyków przed nim, zginął w tak samo szalony sposób. 

JA4JA5

Fake Shaakespere Story

Jupiter Ascending to przede wszystkim niezwykle barwnie wykreowane uniwersum, pełne zróżnicowanych światów i istot z odległych zakątków naszej galaktyki. To również zdumiewający koktajl audio-wizualny, który w pewnym momencie chyba wymknął się z rąk swoich twórców i zaczął żyć własnym rytmem. Dodajmy – w bardzo ekstrawaganckim stylu, na tzw. wariackich papierach. Przesuwanie daty premiery i brak zaangażowania w promocję dzieła ze strony reżyserów mogą sygnalizować, że Wachowscy nie są zadowoleni z efektu końcowego i chcą jak najszybciej zapomnieć o tej karuzeli efektów, tudzież słabych interpretacji aktorskich. I nie ma się co dziwić, bo zepsucie takiego plastycznego samograja to nie lada wyczyn, który może się odbijać mocną czkawką przez bardzo długi okres czasu.

A wystarczyło oprzeć szkielet utworu na kosmicznej arystokracji oraz jej zakulisowych rozgrywkach, tylko gdzieniegdzie wplatając wątki poboczne. Należało ograniczyć ilość migotliwych efektów specjalnych i posłuchać specjalistów od wzornictwa koncepcyjnego, przemycając do filmu kilka propozycji, które finalnie się w nim niestety nie pojawiły. Wreszcie, wypadało zawęzić konwencję i zdecydować się albo na space operę w klimacie patetycznego shaakespere story z nutką Diuny Franka Herberta, albo na groteskową komedię, leżącą gdzieś pomiędzy Brasil Terry’ego Gilliama, a The Hitchhiker’s Guide to the Galaxy Douglasa Adamsa. Jak ostatecznie wyszło? Wszyscy widzieliśmy…

I dlaczego w filmie nie pojawił się Steve Buscemi w roli szczurowatego asystenta o imieniu Chicanery Nigh? 

 

źródło foto: 1

Zobacz również

After Yang

Nie ma czegoś bez niczego...

filmy

Deathloop

Zapętlona zabawa w Kotka i Myszkę

gry

Gnoza

Michał Cetnarowski

literatura

Diuna

Strach to zabójca umysłu

filmy

Top 7 filmów z 2021 roku

Subiektywne zestawienie najlepszych filmów fantastycznych

filmy

Wejdź na pokład | Facebook