Nightflyers

Kosmiczny bigos, który sfermentował

Autor: Owen

seriale

Jeśli regularnie czytujecie wpisy na łamach tego bloga, to wiecie, że na zbitkę magicznych słów: kosmos, horror i gore, reaguję jak głodny rottweiler na kawałek soczystego mięsa! Ale nie zawsze takie połączenie bywa dla mnie zjadliwe.   

Bo choć intencje mam szczere i sprawdzam każdy tytuł z takim opisem/settingiem, to czasami sytuacja bywa całkowicie odwrotna i to owy tytuł sprawdza mnie, a właściwie moje poczucie smaku, estetyki oraz wytrzymałości psychicznej na zwykły ‚bullshit content’. Co więcej, sukcesywne pochłanianie utworów o takiej tematyce zaczyna powoli wywoływać skutki uboczne, krystalizując w mojej głowie obraz historii idealnej; czyli wciągającej, nienachlanie strasznej i wywołującej poczucie duchoty tudzież mentalnego dyskomfortu. A wierzcie mi, utworów z takimi atutami można ze świecą szukać. Dlatego z wypiekami na twarzy śledziłem medialne doniesienia na temat serialowej adaptacji opowiadania George R.R. Martina pt. Nightflyers. I przeczytajcie, co usłyszałem z ust producentów oraz scenarzystów pracujących nad tym projektem.    

Zapis fikcyjnej (albo i nie) rozmowy o Nightflyers:

Producent: Hej, ludziska! Jest sprawa. Na tapecie mamy ostatni sezon Gry o Tron, więc trzeba wycisnąć z twórczości Dżordża, ile tylko się da. I nie mówię o różnych zapychaczach z Westeros, tylko o całkiem nowym projekcie. Przecież, hajs się musi zgadzać, c’nie? 

Scenarzyści: Dobra, weźmy coś z jego twórczości, ale w taki sposób, żeby tematycznie wyglądało na całkiem inny projekt. W GoT mamy rycerzy, to teraz może polecimy w kosmos? Ale nie będziemy adaptować przygód Tufa Wędrowca, bo to zbyt skomplikowany przypadek, więc postawmy na coś krótszego i prostszego w realizacji. Może tytułowe opowiadanie ze zbioru Nightflyers? Nie za długie, nie za krótkie i ze sporą ilością różnych wątków. 

P: Okej. Pomysł wydaje mi się całkiem dobry. Tylko zanim podpiszemy papiery i zakasamy rękawy, powiedzcie mi, jak chcielibyście to zrealizować?

S: Proponujemy jedno z dwóch podejść. Albo zrobimy z tego telewizyjny horror na miarę Event Horizon, z powolną narracją i niepokojącym, aczkolwiek stopniowo odkrywanym wprowadzeniem, gdzie atmosfera gęstnieje z odcinka na odcinek. Bez tanich jump-scare’ów, ale za to ze sporą dawką psychologicznej demolki, która będzie trzymała widza w permanentnym napięciu aż do makabrycznego końca sezonu. Albo wybierzmy opcję numer dwa i w stylu Alfreda Hitchcock’a zaatakujemy widza mięsem już od pierwszych sekund trwania odcinka pilotażowego. Potem będziemy tłumaczyli tylko najważniejsze wątki w danej chwili, budując atmosferę tajemnicy głównie wokół misji statku Nightflyer. 

P: Eee….chyba wolę opcję numer dwa. Przecież nie możemy narażać dzisiejszego konsumenta na wysiłek intelektualny lub psychiczny, prawda? Jeszcze nam ucieknie na inną platformę i co wtedy? Kto nam zwróci poniesione koszty? Dlatego zaplanujcie horror, który nie do końca jest horrorem. Że niby fabuła skrywa szereg tajemnic, ale nie każcie widzowi długo czekać z ich rozwiązywaniem – tłumaczcie wszystko jak debilowi i broń Boże Makaronów, nie gaście świateł. Ma być strasznie, ale tak…nie do końca. 

S: No dobrze, ale jak połączyć taką masę wątków w spójną całość? Kosmici, telepaci czy świrujące sztuczne inteligencje to tylko ułamek tego, co tam się będzie działo, a to w rzeczywistości materiał na przynajmniej dwa, jak nie trzy sezony. Może wygasimy te mniej istotne elementy opowiadania i skupimy się na głównym pomyśle Martina, trochę go modyfikując? 

P: Ale dlaczego? Dzisiejszy widz jest przecież żądny wydarzeń, ba! igrzysk nawet! Ja bym ten kalejdoskop przypadków próbował wpleść do scenariusza. Niech się kruca dzieje i ludziska piszą w sieci o tym serialu! Dodamy do tego zróżnicowaną etnicznie i behawioralnie załogę, reprezentującą poszczególne stereotypy bohaterów, to z pewnością zaliczymy sukces frekwencyjny podczas debiutu.

S: Możemy spróbować takiego podejścia. Być może dzięki dywersyfikacji wizualnej postaci ludzie nie pogubią się w mnogości wydarzeń? Bazując na poczciwych grach RPG, dajmy każdemu jakiś mocno charakterystyczny wygląd i spróbujmy przypisać cechy, które będą tożsame tylko z tą personą. Na przykład nękany depresją i pracoholizmem doktor, niczym palladyn, będzie tak fanatycznie oddany głównej misji, że całkowicie zawali przywództwo w swoim zespole. Jego rolę będzie musiała przejąć uzdrowicielka w postaci czarnoskórej piękności (z obowiązkowo kusym ‚pancerzem’), która jako jedyna zachowa zdrowy rozsądek. A nie będzie jej łatwo, bowiem reszta ekipy, czyli typowy tank w postaci niechlujnego astrobiologa, geno-hakerka z sekciarską przeszłością i podejrzana psycholog-telepatka, która ściągnie na pokład super niebezpiecznego pasażera w osobie L-1, zaczną świrować po swojemu, każde w innym stylu. 

P: Idealnie! Lecz nie zapominajcie o załodze. Kapitan to musi być jakiś totalny freak, cyborg lub inny hologram, który walczy o przywództwo nad statkiem z cyfrowo zapisaną kopia swojej matki lub dawczyni genów, jak zwał tak zwał. Będzie takim charyzmatycznym słodziakiem oraz sensualnym kochankiem, który – jeśli trzeba (albo i nie) – to łeb też ukręci. Do tego trochę zamieszania na mostku, zazdrosny Pierwszy, jakieś zawirowanie w ochronie itp. No i duchy. Tak, koniecznie! Musi być jakiś motyw z emanacją duszy lub innego jestestwa!   

S: Szefie, a nie za dużo tych dziwolongów jak na jeden sezon? Przecież widzowie po kilku odcinkach przestaną łapać poszczególne wątki. Nie ma innego wyjścia, gdzieś musimy ciąć. Więc proponujemy chwilową pauzę w połowie sezonu, np. poprzez odcinek tematycznie oderwany od reszty, a potem przeskok w czasie i wygolenie na maksa załogi, m.in. w obszarze mostka kapitańskiego – ale na takiej zasadzie, że niby tam są i w ukryciu coś sobie pstrykają, więc mało ich widać. A w razie większej awarii na statku, zamiast wyspecjalizowanego personelu, wyślemy na miejsce kogoś z głównych bohaterów – w klasycznych Trekach to się sprawdzało. Podobnie postąpimy z ochroną, kosząc kilku typów na początku i pokazując ich już tylko na końcu, że niby są i cały czas pilnują. Zmniejszymy w ten sposób koszty.

P: A propos kosztów – jak pokazać supernowoczesny statek, nie drenując za bardzo budżetu? 

S: Z zewnątrz polecimy w pełny render, więc luz. Natomiast w przypadku wnętrz sytuacja jest trochę trudniejsza. Dlatego postaramy się wykorzystywać wielokrotnie te same miejsca czy pomieszczenia. Może widzowie nie zauważą, że mamy tylko jedną kajutę, hangar, trochę mostka i fikuśnie zagięty korytarz. Choć trzeba przyznać, że ten ostatni może dobrze wyglądać. Zresztą…fabularnie to się będzie tyle działo, że nikt na takie głupotki nie zdąży zwrócić uwagi. 

P: Doskonale! Coś czuję, że fandom będzie się domagał kolejnych sezonów!  

Koniec rozmowy. That’s all folks. 

foto: 1

Geek, gadżeciaż, gaduła i niepoprawny marzyciel. Miłośnik Fantastyki Naukowej, komiksów, gier oraz wydarzeń retro pop-kulturalnych. Kolekcjoner, uparciuch i nerwus, który zawsze wyciągnie pomocną dłoń. Na co dzień architekt i projektant, wieczorami zajmuje miejsce na mostku kapitańskim Stacji Kosmicznej.

Zobacz również

Cowboy Bebop

Jednoocy bogowie, czyli o mitologicznej teorii „Cowboya Bebopa”

seriale

Nightflyers

Kosmiczny bigos, który sfermentował

seriale

Kingdom

Głód bywa najgorszym sprzymierzeńcem nieszczęść...

seriale

Metro: Exodus

Wsiąść do pociągu, byle jakiego...

gry

Top 7 filmowych rozczarowań z 2018 roku

Subiektywne zestawienie najgorszych filmów fantastycznych

filmy

Wejdź na pokład | Facebook