Mister Miracle

Eskapista nadzwyczajny

Autor: Owen

komiksy

Czytam komiksy od szóstego roku życia, czyli równiutkie trzy dekady. I jako ktoś, kto na Marvelach i Batmanach zjadł swoje zęby, mogę z pełną szczerością napisać, że obecnie szukam w tej dziedzinie czegoś nowego i świeżego.

Przez ostatnie paręnaście lat rynek wydawniczy mocno się rozwinął i naprawdę jest w czym wybierać. Nikt już nie patrzy krzywo na deklaracje o zamiłowaniu do tego medium, nikt nie wyśmiewa, mało kto narzeka. Dzisiaj każdy jest specjalistą i znawcą, szczególnie po seansie któregoś z filmów MCU – dobra, żartuję. Teoretycznie nie ma co marudzić, lecz w praktyce zalewa nas spora ilość mocno powtarzalnych historii, które zwyczajnie nudzą. Albo są tak ekstrawaganckie, że trafiają tylko do wąskiego grona kumatych odbiorców. Dlatego sporym wyzwaniem jest moim zdaniem wykreowanie opowieści, która potafi nawiązywać do klasycznej, komiksowej narracji, ale porusza niestandardowe tematy dla takiej formuły. I robi to w tak sprytny sposób, że nim się człowiek obejrzy, to już zamyka okładkę grubego integrala. Czyms takim jest właśnie świeżo wydany u nas album pt. Mister Miracle

Historia i okoliczności powołania do życia w/w bohatera jest dosyć pokręcona, co – biorąc pod uwagę perypetie na rynku komiksowym w ciągu kilku ostatnich dekad – nie powinno kogokolwiek dziwić. W 1971 roku Jack Kirby stworzył wielowatkową Sagę o Czwartym Świecie, która po małym zamieszaniu wydawniczym, w końcu trafiła do DC Comics. Jej głównym bohaterem był Scott Free, syn najważniejszego boga z planety Nowa Geneza, który w ramach przymierza, oddał pierworodnego swojemu nemesis, Darseid’owi. Ale jakoś tak się złożyło, że młodzian zakosztował na Apokolips jedynie tortur i surowej dyscypliny, więc nie pałał uczuciem do swojego ojczyma, aż w końcu, po namowach wybranki, postanowił uciec. Ostatecznie para zamieszkała na Ziemi, gdzie po kolejnych przygodach i szaleństwach, Scott został światowej sławy eskapistą. I tak dalej, i tak dalej…

W tym momecie ktoś mógłby napisać, że to kolejna historia typu: od zera do bohatera, jeno w trykociarskim stylu. Być może tak to właśnie wygląda na pierwszy rzut oka; ale spokojnie, nie panikujcie. Scenarzysta Tom King, znany m.in. z cykli Batman Odrodzenie czy Wojna Robinów oraz ilustrator Mitch Gerads, który w swojej karierze rysował dla Marvela, DC oraz Image Comics, postanowili zrobić wszystkim psikusa – udowodnili, że ich autorski pomysł na przedstawienie tej historii jest super świeży i totalnie na czasie. Za co zgarnęli wiele branżowych wyróżnień, w tym to najważniejsze, czyli Nagrodę Eisnera.

Zatem pora odpowiedź na pytanie: co jest wyjatkowego w tej mini-serii? Przede wszystkim forma narracji, prowadzona z perspektywy osób, których jedynym marzeniem jest spokojne życie gdzieś na przedmieściach Los Angeles. Z dala od międzyrasowych wojen i sporów na miarę militarnego kryzysu galaktycznego. Scott to w sumie taki everyman, czyli typowy facet po przejściach, który za Chiny Ludowe nie chce przejmować funkcji Wielkiego Ojca. W rzeczywistości interesuje go tylko relacja ze sporo większą od niego partnerką, Big Bardą (jedna z tzw. Furii) i kontynuowanie występów scenicznych, jako tytułowy Mister Miracle. No ale jak to bywa w przypadku dziedziców podążających swoją drogą, jest sukcesywnie wciągany w kolejne awantury i obijany do nieprzytomności, często dla zasady W pewnym momencie rozważa nawet upozorowanie swojej śmierci, jako ucieczki od problemów meta-ludzi. 

Sprawy komplikuja się jeszcze bardziej, gdy Barda – nie bez kolejnych perypetii – rodzi potomka. Wtedy cała karuzela absurdów zaczyna niebezpiecznie przyspieszać. Protagoniści zaprzestają barwnych kłótni, np. w kwestii przebudowy mieszkania (umocowanych fabularnie w trakcie krwawej akcji dywersyjnej – mistrzostwo formy!) i wchodzą na zupełnie nowy poziom wariactwa, czyli mcierzyństwa na raty, oczywiście w oparach kosmicznych awantur. Być może dla wielu czytelników to sytuacja bez precedensu, ale tak naprawdę pod płaszczykiem fantastycznych opowieści, twórcy przemycają całą mase aluzji wobec problemów współczesnej cywilizacji. Dlatego całość docenią przede wszystkim młodzi rodzice. 

Efekt immersji potęguje ciekawy styl graficzny, będacy połączeniem tradycjnej ilustracji z efektami glitch-artu oraz szeroka pula nawiązań do uniwersum DC. A to z kolei tylko przyspiesza tempo, w jakim czytelnik pochłania (bo przecież nie czyta!) ten album. Więc jeśli nudzą Was tradycjne historie 0 superbohatrach, a przy okazji macie ochote na coś nowego i zaskakującego, to lektura Mister Miracle powinna zaspokoić Wasze oczekiwania. Tym bardziej, że polskie wydanie jest naprawdę bardzo ładne. 

Polecam!

foto: 1

Geek, gadżeciaż, gaduła i niepoprawny marzyciel. Miłośnik Fantastyki Naukowej, komiksów, gier oraz wydarzeń retro pop-kulturalnych. Kolekcjoner, uparciuch i nerwus, który zawsze wyciągnie pomocną dłoń. Na co dzień architekt i projektant, wieczorami zajmuje miejsce na mostku kapitańskim Stacji Kosmicznej.

Zobacz również

Avenue 5

Idiokracja na kosmiczną skalę

seriale

Mister Miracle

Eskapista nadzwyczajny

komiksy

Space Precinct

Na sygnale, albo wcale

seriale

Underwater

Oops! Chyba znaleźliśmy R’lyeh...

filmy

Tesla

Czyli jak Elon Musk zakończy epokę ropy naftowej

literatura

Wejdź na pokład | Facebook